Szósta opcja dla Justyny, najprzykrzejsza z popsutego przez Justynę romansu i pod każdym względem dziwna, łącznie z nazwą, bo nazwana kiedyś sumienną. A to nie jest nazwa dla romansów, zwłaszcza współczesnych. Ale tak ukształtowała się w mojej głowie, gdy powstawała, razem ze staroświecką nazwą i tak już musi zostać: opcja szósta sumienna.
Powstawała ta opcja długo, pewnie dlatego, że była przykra i nie chciała powstać. Jej istota zawierała się od początku w jednej, podstawowej myśli: jest COŚ, czego Justyna nie może powiedzieć. A powinna, wie o tym. Ale nie może, ostatecznie więc nie mówi nic, żeby nie powiedzieć tego CZEGOŚ. Woli zepsuć romans.
Czym jest COŚ? Nie wiem. Jakimś tabu. Ni mniej ni więcej, tylko wyszło na tabu. Bądź co bądź jest COŚ pewnym „nie wolno”. Nasuwa się proste przypuszczenie, że to nie COŚ, lecz KTOŚ, kto nie życzy sobie romansu Justyny, a jest władny go zabronić. Nie można sprawy przed nim ukryć, ponieważ ten niezwykły romans rozgrywa się publicznie. Ale dlaczego nie można by o tym KIMŚ powiedzieć mnie? Bo jego można ukryć przede mną? Oczywiście, tylko po co zrywać wtedy romans? Jeśli miał być i tak zerwany, ukrywanie mijałoby się z celem. Chyba że znów, jak to w romansach, logika emocjonalna wzięła górę nad formalną.
Zważywszy to wszystko, trzeba jednak przyjąć, że COŚ raczej nie jest KIMŚ. COŚ to COŚ. Ale nie na pewno. COŚ może być bezosobowym CZYMŚ albo osobowym KIMŚ. Może być także splotem jednego z drugim. Nie wiadomo, jak jest. Wie tylko Justyna, która nie może powiedzieć. Kwestia zostaje bez wyjaśnienia i będzie na tym zamknięta. Justyna nie będzie o nic pytana. Nie jest mianowicie celem opcji szóstej sumiennej zadawanie pytań Justynie o cokolwiek, lecz raczej romansopisarzowi przez romansopisarza o Justynę.
Romansopisarz ogranicza się do niejako zewnętrznej analizy CZEGOŚ. Nie docieka treści sekretu. Uznaje, że nie wie i nie będzie wiedział. Chce uchwycić funkcję oraz formę tej tajemnicy, opisać, jak sekret działa i jaką ma strukturę. A grubo mówiąc, jakie ma części składowe. Otóż są to dwie niewiadome: KTO? CO? W sumie COŚ. Opcja szósta sumienna będzie rodzajem równania z dwiema niewiadomymi.
A skoro zrobiło się tak matematycznie (dziwna rzecz w romansie) oznaczmy COŚ jakimś wygodnym w użyciu symbolem, niepodlegającym odmianie gramatycznej. Narzuca się „x”. Są jednak dwie niewiadome w sekrecie. Oznaczmy symbolicznie tę podwójność. Ale powstrzymajmy się od „xy”, sugerującego znów osobę. Bo tak się potocznie mówi: jakiś iks-igrek, inaczej ktoś. Nie. Do tego nie wracajmy. Z dwóch niewiadomych nie wyróżniajmy osobowej.
Ja decyduję o wyborze symbolu i wybieram na symbol QQ. Niech COŚ będzie QQ. Chodzi o nawiązanie do tradycji łacińskiej. QQ to początkowe litery dwóch zaimków łacińskich: quid (co) i quis (kto). A zbliżamy się do rozwiązania romansu. Niech rozwiązanie będzie humanistyczne, skoro zawiązanie, jakże piękne, entuzjastyczne i wiosenne, było humanistyczne i wzięło się ze szkolnego jeszcze zakochania Justyny w łacinie, a to dzięki pewnej chełmskiej nauczycielce. Ja pojawiłem się dopiero z czasem jako po trosze łaciński autor i temat ewentualnego doktoratu.
Ale do rzeczy! Do opcji! Dość wstępnych przypisów. Tu zmienia się język. Jest żywa Justyna i jest wściekła. Justynę ponosi. Tak pierwotnie miało być w opcji szóstej sumiennej. W Justynie wszystko krzyczy. Justyna nie może znieść samej siebie. Justyna klnie bez przeklinania słowem, klnie w milczeniu, które zaciska się jak żelazna klamra na czymś, co jest głęboko w Justynie, na obolałym QQ. Zaciska się i dusi.
Nadchodzi wreszcie moment zwrotny. Nie ten, który już kiedyś był w romansie. Nie, nie. Opcjonalny, którego nigdy nie było, osobisty moment zwrotny w Justynie. Kulminacja złości, samoudręczenia, pewności i niepewności siebie, a jednocześnie zgorszenia sobą. To nie może trwać, nie może tak dusić, to musi się skończyć. Natychmiast! I zaciśnięta klamra pęka. Powiem! – decyduje nagle Justyna. I mówi. Raczej wypluwa mi prosto w twarz, w oczy: naści, stary głupcze, masz, skoro się prosiłeś, masz tę sumiennie wycharkniętą plwocinę i rób z nią teraz co chcesz. Ach, jaka ulga! Jaka satysfakcja! Powiedziałam.
Taka miała być ta długo wyczekiwana, przełomowa opcja szósta. Tak byłoby uczciwie. Ale do spełnienia tej opcji ani żadnej innej nie dojdzie, bo Justyny na to nie stać. Rzecz w tym, że Justyna jest słaba. Za słaba, żeby się wściec. Za słaba, żeby się ośmielić. Za słaba, żeby zapłacić nie tylko przykrą, lecz zgoła odrażającą cenę uczciwości, jaką uczciwość niekiedy ma. To wszystko jest ponad siły Justyny.
Problem polega na tym, że w istocie Justyną rządzą czarne myśli. Tak je nazywa. Dlatego strasznie mi żal Justyny, a jej pewnie żal mnie. Czarne myśli przypływają do psyche profesjonalistki-psychologa falami. Przypływają i odpływają, a wtedy, gdy odpływają, budzą nadzieję, że nie powrócą. Ale zanim zdążą na dobre odpłynąć, już pędzi następna fala. Nigdy nie wiadomo, co właściwie jest: odpływ czy przypływ. Nadzieja, że „wszystko się ułoży”, jak wyraża to Justyna, czyli nadzieja na jakieś lepsze QQ, rozbryzguje się z chlustem fali w nicość. Jedyną szansą pozostają znaki magiczne, wróżby, talizmany i zaklęcia, środki niepoważne, z których Justyna się śmieje, ale do nich lgnie. Cykl rozpoczyna się od nowa.
Ostatnio właśnie jeden się skończył , drugi rozpoczął, a na magicznym polu między nimi Justyna szukała czterolistnych koniczyn, które, jak wiadomo, przynoszą szczęście. I znalazła kilka. Rzeczywiście znalazła na rzeczywistym polu. Dwie umieściła na otwartej stronie jednego z tomów mojej „Trylogii rzymskiej”, sfotografowała i przysłała mi taką fotografię w załączniku do mejla. W mejlu napisała, że może jednak wszystko się ułoży, czarne myśli miną, ale na razie niestety nie mijają.
W przerwie między przypływami czarnych myśli, która nigdy nie jest przerwą zupełną, bo przypływy i odpływy na siebie zachodzą i częściowo się mieszają, Justyna zdążyła być pięć dni w Rzymie. Na swoim rzadko czynnym profilu fejsbukowym, zapytana, gdzie jest, przez którąś ze znajomych użytkowniczek „fejsa”, nie przeze mnie, odpowiedziała tak:
„Wyruszamy. Czy może już wyruszyliśmy. Nie znamy wprawdzie celu, do którego zmierzamy, obawiam się nawet, że celu nie ma i nigdy do niego nie dotrzemy, ogólnie jednak wiadomo, że wszystkie drogi prowadzą do Rzymu, i tego bym się trzymał. (˝Tyberiusz Cezar˝, Jacek Bocheński)”.
Czyż nie jest to jeszcze jeden z wielokrotnych powrotów Justyny po kolejnej ucieczce i zniknięciu? Trudno tak nie pomyśleć. Są między wzburzonymi bałwanami przypływów i odpływów mielizny, krótkotrwałe i ruchome. Justyna czasem wchodzi na te grząskie piaski, jakby przez chwilę chciała tamtędy przedostać się do mnie, jednak fala czarnych myśli nieuchronnie nadciąga i zmywa słabą kobietę, miotającą się bezsilnie wśród żywiołów. A ja nic nie mogę na to poradzić, bo z powodu QQ nie wiem, jak mógłbym poradzić i na co. Justyna, opanowana przez czarne myśli, kolejny raz traci pamięć i całkowicie obojętnieje.
Romans tego dłużej nie wytrzyma. Stanu rozwlekłej nijakości, a prawdę mówiąc agonii, w którym się znalazł porzucony, jak ranne zwierzę na poboczu drogi, zignorowany i sponiewierany romans, nie zniesie żadne sumienie. Także sumienie literackie. Moim zdaniem, literatura ma takie swoje specyficzne sumienie. Ściślej: proza ma sumienie narracyjne. Gdy autor zaczyna opowiadać jakąkolwiek historię, składa czytelnikowi obietnicę, że historia będzie się toczyć. Ustane toku historii ni stąd ni zowąd, jakby ukradkiem i bez podania powodu, wydaje się oszustwem wobec czytelnika, nie mówiąc o lekceważeniu. Odpowiedzialność za to ponosi autor. Ma się z tego wytłumaczyć on, kiepski romansopisarz, nie zwalając winy na Justynę. Przede wszystkim musi czym prędzej naprawić błędy, które się jeszcze naprawić jako tako da, doprowadzić do jakiego takiego ładu pozostałości romansu, zebrać te szczątki do kupy, spakować i ustawić na właściwym miejscu.
To nie znaczy, że obowiązki i wyrzuty sumienia literackiego na tym się kończą. Nie. Tak posprzątać nie wystarczy. Jest pytanie, czy przypadkiem autor, który z literackiego i zarazem erotycznego egoizmu wciągnął w to wszystko Justynę, nie ma czegoś do wyplucia i sumiennego wycharknięcia. Powinien mieć. Ale to już temat na kiedy indziej, bo to nie jest opcja dla Justyny, zwłaszcza szósta, której się tu trzymajmy, jak dróg do Rzymu. Justynie przysługuje jeszcze zapowiedziana swego czasu opcja siódma. Pojawi się specjalnie dla niej, będzie prosta i o wiele krótsza od tej.
W tej wróćmy na koniec do QQ. Wydaje się, że do dwóch niewiadomych należałoby dopisać trzecią, bodaj decydującą o wyniku równania: czarną myśl. Otóż czarna myśl nie ma żadnej właściwej sobie, konkretnej treści. Ma jedynie kolor. Czarny. Jest aspektem wszystkiego i niczym. Nie ma właściwej sobie substancji, ale ma pewną swoją właściwość, taką mianowicie, że wszelkie istniejące substancje zmienia w czarność. Każde Q poddane czarnej myśli równa się czarność. Także podwójne QQ równa się czarność. Jeśli do QQ dopiszemy trzecie Q, a więc samą czarną myśl jako trzecią niewiadomą, okaże się , że QQQ równa się czarność. Ale QQQ minus QQ też równa się czarność. Z rachunku wynika, że QQ, które próbuję zrozumieć i opisać, równa się zero. W ogóle QQ nie ma. Czy nie dlatego nie można było powiedzieć mi o QQ, bo go nie ma? Bo jak powiedzieć, czym jest to, czego nie ma? Jest pusta czarność, czara myśl.
I tylko żal.
Żal Justyny i żal po Justynie.