GRANICA CZŁOWIECZEŃSTWA

Najokrutniejsze miejsce w Polsce: granica z Białorusią. Desperat, który tamtędy, najczęściej z innego kontynentu, przedrze się przez druty kolczaste do Polski, umiera w lesie z wycieńczenia i zimna, bo  głównie musi unikać spotkania z człowiekiem. Grozi ono uwięzieniem w ośrodku dla niepożądanych uchodźców, podobnym w istocie do obozu koncentracyjnego. Najczęściej kontakt z pierwszą spotkaną osobą kończy się natychmiastowym  wyrzuceniem uchodźcy z powrotem za druty na Białoruś.

Są jednak polscy wolontariusze, którzy  docierają na znak z pogranicza do ukrywających się  przybyszy często już  w stanie hipotermii i udzielają im pomocy. Rozmawiam z taką  wolontariuszką. Po ogrzaniu zamarzającego cudzoziemca, napojeniu herbatą z termosu, nakarmieniu i przebraniu w suchą odzież wolontariuszka  może tylko zostawić go w lesie. Inaczej narażają się oboje na  więzienie. Ona, jak mówi, na osiem lat.       

P.S. Przypis do tytułu. Słowa człowieczeństwo nie używa się w naszych czasach. Ale człowieczeństwo  wciąż istnieje. Jest, jakie jest.  

POETA GÓRNIK (7)

Ja swoją twórczość literacką zakończyłem, choć w praktyce nie jest to proste. Ale nie piszę już książek. Jednak w trakcie kończenia zajęć literackich, już po ostatniej książce „Ujście” powstały jeszcze liczne zapiski i uformowała się z nich jakby dodatkowa książka, którą sobie nazwałem „Zapiski niedopisane”. Jest wydawca gotów ją wydać, mianowicie Stowarzyszenie Żywych Poetów, co pod koniec życia zbliża
mnie do Ojca. Umówiliśmy się z Radkiem Wiśniewskim ze Stowarzyszenia, że wydadzą „Zapiski niedopisane” wiosną. Niech będą symbolem synowskiego przywiązania i hołdem złożonym Ojcu.

Na zdjęciu pogrzeb Ojca w Zakopanem, cmentarz na Pęksowym Brzyzku, rok 1962, oznaczeni żona Janina i syn Jacek Bocheński.

POETA GÓRNIK (6)

Osobliwy idiom językowy, swego czasu największa chyba trudność w komunikacji z publicznością, dziś nikomu nie przeszkadza. Wszystkie osoby, które pytam, czy ten język ich nie razi, szczególnie krytycy i wydawcy, odpowiadają, że nie, raczej wprost przeciwnie: język jest atrakcyjny. Wydawcą i właściwie odkrywcą „Liryk zebranych” pozostało Stowarzyszenie Żywych Poetów, wcześniejszy wydawca przełożonych z sanskrytu „Gnom staroindyjskich”. Mrówczą pracę nad „Lirykami zebranymi” wykonał Adam Boberski ze Stowarzyszenia, który osobiście przepisał na komputerze trzysta kilkadziesiąt stron manuskryptu Ojca.

– ciąg dalszy nastąpi –

POETA GÓRNIK (5)

Jak dzisiaj widać, miał rację, mylili się inni. On wygrywa z czasem, nie oni. Po sześćdziesięciu latach od śmierci, gdy zdawał się raz na zawsze usunięty z poważnego obiegu kulturalnego, osiągnął właśnie swój cel twórczy taki jakiego chciał i przygotował niezmordowanym kuciem. Do celu tego za życia nigdy się nawet nie zbliżył. Teraz urobek poety górnika znalazł sam przez się wydawcę i wyszedł nagle drukiem jako książka pod autorskim tytułem „Liryki zebrane”. W istocie są to liryki wybrane, które Ojciec uznał za godne przetrwania.

Utworów dawnych nie zachowywał w postaci pierwotnej, lecz w razie potrzeby poprawiał zgodnie ze swym absolutnym ideałem estetycznym, a zwłaszcza z oryginalnym idiomem językowym, ukształtowanym ostatecznie w późnej fazie życia.

Również układ nadany zebranym tekstom w projekcie wydawniczym Ojca, nie oparty na chronologii ich powstawania ani porządku tematycznym, lecz na zgodnych z estetyczną intuicją Ojca względach formy, został ściśle odtworzony w rzeczywistym wydaniu książkowym. Wywierająca jakoby nadzwyczajny wpływ na poetę stalowego pióra żona Janina, „kobieta mojego życia”, jak się wielokrotnie wyrażał, dodała tylko sporządzony przez siebie spis tytułów. Zatroszczyła się jednak o przechowanie rękopisu w lubelskim Muzeum im. Józefa Czechowicza , gdzie doczekał trzeciej dekady XXI wieku. Na podstawie tego manuskryptu doszło do skutku wydanie książki i można powiedzieć triumfalne spełnienie ideału estetycznego Ojca.

Na zdjęciu Ojciec i Janina, koniec lat dwudziestych albo początek trzydziestych XX w.

– ciąg dalszy nastąpi –

JESTEM

Przepraszam za nagłe przerwanie relacji „Poeta górnik” spowodowane małym zaburzeniem  zdrowotnym. Ciąg dalszy nastąpi, ale po Świętach. Wszystkim moim Czytelnikom składam serdeczne życzenia Świąt dobrych i  spokojnych.

POETA GÓRNIK (4)

Przepisywał, przepisywał i marzł. Chwilami grzał ręce, jak ja za tych swoich zakopiańskich czasów, przy piecu blaszaku opalanym trocinami. Była druga wojna światowa. Tym bardziej Ojciec skupiał się na kuciu czyli na selekcji, korekcie i przygotowywaniu do wydania w nieokreślonej przyszłości całego dorobku poetyckiego. Tak zaczęły powstawać „Liryki zebrane” jako projekt.
Jeśli nie było akurat lata, siedział przy biurku z kałamarzem, ubrany we wszystko, co miał w domu poza „strojem do miasta” i pisał wiersze albo przeglądał dawne, a następnie oceniał, dobierał , głównie słuchał , jak brzmią w konfrontacji z jego rozwiniętym przez minione lata, oryginalnym idiomem językowym. Idiomu tego nikt dobrze nie rozumiał, był on raczej powodem niepowodzeń i negatywnych ocen twórczości Ojca. Ale Ojciec uważał, że właśnie ten język świadczy o samodoskonaleniu się poety i jest najważniejszym bodaj elementem ideału estetycznego.

– ciąg dalszy nastąpi –

POETA GÓRNIK (3)

Już poezja publikowana między wojnami, począwszy od wczesnych tomików, takich jak „Kościół” i „Rzeźbiarz”, zawierała znamienne przyrównania twórczości do aktu religijnego lub kucia, o czym świadczą choćby oba tytuły. Kucie twardej materii nabrało z czasem intensywności i objawiało się pod wieloma postaciami, na przykład fedrunku w kopalni („górnicyśmy, o pani”, my-poeci, ma się rozumieć), a przeciwstawiane było życiu powierzchownemu, komfortowi , konsumpcji, rozrywce i głupocie.

Realne życie poety-górnika upływało tymczasem w abnegacji i biedzie. Boleśnie i z oburzeniem przyjmował poeta ciągłe ignorowanie go przez wydawnictwa, redakcje i krytykę literacką. Odczucia swoje tłumił, usiłował kompensować satysfakcjami prelegenckimi („odczyty” w Zakopanem) ale ogólne niepowodzenie publiczne w istocie przeżywał i to był jego największy dramat. Z drugiej strony musiał być świadom swego psychicznego nieprzystosowania do kontaktów społecznych, potrzebował odosobnienia i w odosobnieniu żył.

– ciąg dalszy nastąpi –

POETA GÓRNIK (2)

Oprócz przywiązania do stalówki był człowiekiem stalowego pióra także w znaczeniu metaforycznym. Uprawiał swoje pisarstwo z niezwykłą siłą przekonania o istnieniu i osiągalności ideału estetycznego, do którego zmierzał i który zarazem nosił w sobie. Być może każdy tworzący autor ma coś takiego, ale Ojciec miał bardziej niż inni. Jego stosunek do estetycznego ideału był jak gdyby religijny i był w takich religijno-metafizycznych kategoriach, z coraz częstszym użyciem pojęcia „Bóg” opisywany w poezji przez niewierzącego agnostyka. Poezja koncentrowała się na samodoskonaleniu w realizacji immanentnego ideału obecnego w jej głębi, wymagającego jedynie dotarcia tam, rozpoznania i – rzecz najważniejsza – odkucia. Trzeba było ciężko pracować w kamieniu albo metalu, żeby uzyskać tę, jak mógłby powiedzieć Ojciec, „iściznę”.

– ciąg dalszy nastąpi –

POETA GÓRNIK (1)

Mój Ojciec, Tadeusz Bocheński, zmarły sześćdziesiąt lat temu, (16 grudnia 1962), filolog klasyczny, był człowiekiem pióra, dodałbym: stalowego. Znaczy to, że do pisania używał metalowej stalówki z drewnianym uchwytem zwanym powszechnie obsadką, ale nie przez Ojca, bo on z jakichś powodów nie uznawał nazwy obsadka. Stalówkę maczał w atramencie przez okrągły otwór stojącego na biurku szklanego kałamarza. Z wierzchu przykrywało kałamarz wieczko, jednak przednia ścianka, którą Ojciec miał na wprost siebie, załamywała się pośrodku i górną połową z otworem odchylała lekko do tyłu dla wygody piszącego. Tędy nabierał Ojciec raz po raz kroplę atramentu. Pisał tak stalówką przez całe życie. Nigdy nie miał pióra wiecznego, maszyny do pisania ani długopisu, których używali już wszyscy.

– ciąg dalszy nastąpi-