Człowieku – stukam się w głowę – co ty bredzisz? Jaki Hitler? Niemcy od dziesiątków lat na samo jego wspomnienie dostają gęsiej skórki lub otrząsają się ze zgrozą i złością, tak ten mąż opatrznościowy tysiącletniej Rzeszy dał się im we znaki. Gdzie jak gdzie, ale u Niemców drugi taki zbawca jest bez szans. A gdyby miał to być ktoś w Europie na miarę Hitlera, o jego potencjale i znaczeniu, musiałby zostać wyniesiony na niezbędną wysokość przez ideologicznie podniecone masy w jakimś kraju równym wielkością co najmniej dzisiejszym Niemcom. Jednak drugich Niemiec nie ma, a domniemany nowy Hitler nie powstałby w Holandii czy Grecji. Dyktatorkowie z małych krajów mogą niewiele więcej niż się w nich okopać, aby nikt z zewnątrz nie przeszkadzał zaprowadzeniu tam odpowiedniego porządku, i w tych dogodnych warunkach utrzymywać swoją lokalną władzę. Na tym kończy się ich rola, chociaż obecny klimat sprzyja, by wyrastali w najbliższym czasie jak grzyby po deszczu. Ale żaden nie wstrząśnie światem, a wszyscy razem, każdy w swoich okopach, też nie, co najwyżej potarmoszą się trochę nawzajem. Chyba że jednak cudem stworzony zostanie w Niemczech jakiś Hitler. Sęk w tym, że dyktatorzy typu faszystowskiego niszczą, co prawda, demokrację, gdy rządzą, ale zdobywają władzę praworządnie w demokratycznych wyborach. Hitler musiałby raz jeszcze po osiemdziesięciu pięciu latach zostać tak wybrany przez Niemców.
Niby jak ci pomniejsi kandydaci na autokratów, raz po raz gdzieś wybierani.
Jeśli oni mogą, skąd pewność, że nie może Hitler?