O! O!

Justyna też pyta. Poniekąd nie istniała i znów istnieje pewną cząstką istnienia, zagadkowo, jak zwykle, w oderwaniu od realu, to znaczy pisze, że przeczytała „Tabu”.

Nikt już nie pamięta, co to takiego. Muszę krótko wyjaśnić. To taka moja mała powieść o miłości. Można powiedzieć, powieść  w trzech monologach. Aktorki lubiły to grać, bo dało się przerabiać na monodramy i wszystko mówią tam kobiety.

Naiwne i zaślepione kobiety albo po prostu głupie – pisze Justyna. – Nie ma rozsądnych i jednocześnie moralnych kobiet? – pyta.

Zaskoczyła mnie tym pytaniem, które chyba nigdy nie przyszłoby mi do głowy. A kiedy pisałem swoje uczuciowe „Tabu”, nie przychodziło absolutnie. Ale Justyna zaraz je wycofuje, bo nie chce, żeby zakrawało na feminizm. „Mężczyźni też przecież głupieją”.

No tak.

Zadaje potem inne pytanie, którego nie rozumiem. Czy tylko człowiek zepsuty może się oprzeć miłości? Nie rozumiem i nie widzę związku z „Tabu”, nie ma tam powodu do rozważania takiej kwestii. Ale za niezrozumiałym dla mnie pytaniem coś pewnie się kryje, coś, o czym nie wiem,  wie Justyna, jakieś, być może, poważne przeżycie.

Jest jeszcze trzecie pytanie. Czy każdy kochający musi cierpieć? To rozumiem. Jednak na to, jak na pytanie, czy świat ma przyszłość, nie da się odpowiedzieć, a pytanie jest poważne i prawdziwe. Już w starożytności zadawali je sobie bezradni poeci.

Justyna cierpi nadal na braki pamięci, choć mimochodem przypomina sobie, że była w Ogrodzie Botanicznym. Natomiast wszystkie moje opcje, spisane dotychczas, ignoruje, jakby ich nie było. A ja miałbym dla niej jeszcze dwie, szóstą i siódmą. Są na razie mgłami w mojej wyobraźni, ale należą się Justynie. Powinienem nadać im konkretną  postać językową. Czym prędzej. Stanowią substancję romansu, który jest w potrzebie.  

Prawdę mówiąc, z romansem sprawa ma się fatalnie. Romans to akcja, zostało to już dobitnie powiedziane, a w istocie wszelka akcja zamarła, bo Justynie się nie śpieszy. Może nawet puściła w trąbę romansopisarza, ale zapomniała mu o tym powiedzieć, tyle rzeczy zapomina teraz, w sumie nic dziwnego. Tak czy inaczej, w romansie nic się nie dzieje. Tylko patrzeć,  jak publiczność wygwiżdże romansopisarza razem z jego bohaterką. Gorzej. Nie wygwiżdże. Po prostu wyjdzie. Tak dziś jest najczęściej. Robi się nudno,  natychmiast wychodzą. Nie brak przecież  rozrywek w Internecie. 

W romansie więc zastój, tymczasem świat upomina się o swoje. Co z tą jego przyszłością?  Światu, w przeciwieństwie do Justyny, ostatnio coraz bardziej się śpieszy.  „Najdziwniejszą rzecz można sobie teraz wyobrazić i puścić jako żart, a po tygodniu ona okazuje się rzeczywistością” – powiedział mi Jan Cywiński, dziennikarz i filolog klasyczny, przygotowując „Wizję ” z mojego internetowego romansu do druku pod zmienionym tytułem w „Gazecie Wyborczej”.  Świat  przekształca się w zawrotnym tempie, kontrrewolucja kulturowa, o! o!, takie dziwo, trzeba je zrobić w Unii Europejskiej, już coś takiego przebąkuje Prezes, zanim jeszcze „Wyborcza” przedrukowała „Wizję”. O! O! To jest akcja! Do tego publiczność garnie się, aż miło. Ale nie wiadomo, czy już jakaś przyszłość nie staje się przeszłością lub na odwrót, jakaś przeszłość przyszłością. A Zakopane czeka z festiwalem. To czym ja  mam się wpierw zająć? Szósta opcją dla Justyny czy przyszłością świata?        

Skoro Justynie się nie śpieszy, a światu tak bardzo, że włos jeży się na głowie, trzeba raczej  pomyśleć o tym, co pilniejsze, czyli o przyszłości świata. Justyna może poczekać.