– Zabierz mnie do czegoś swojego – poprosiłem Justynę.
Zamyśliła się, jakby nie istniało nic takiego, co byłoby jej i gdzie ona mogłaby mnie zabrać.
– Zabierz mnie, gdzie ci się podoba – dodałem.
– O której? – zapytała po chwili.
Umówiliśmy godzinę. W samo południe.
Umówiliśmy miejsce, skąd mnie zabierze. Hotel.
– Może wstąpisz po mnie do pokoju? – zaproponowałem.
– Nie. Wolę nie.
W samo południe czekałem na ulicy pod bezchmurnym niebem. Tym razem był dzień ciepły.
Justyna pojawiła się nie wiadomo skąd. Już właśnie szła do mnie. Była blisko o dwa kroki. Nie miała rozpuszczonych włosów. Od pewnego momentu czesze je do tyłu i upina w kok.
– Jedziemy do Ogrodu Botanicznego – powiedziała. – Mamy taksówkę. Tam stoi.
A! Tak to wymyśliła, zorientowałem się, przyjechała taksówką i zaprasza mnie do niej. Wsiedliśmy.
Kierowca nie był pewny, które wejście do Ogrodu Botanicznego będzie otwarte i jak tam podjechać. W rozmowie wymieniali z Justyną nazwy trzech ulic: Sławinkowską, Solidarności i Willową. Żadnej nie znałem. Z kierunku jazdy zrozumiałem, że nasz cel jest gdzieś na północy. Minęliśmy Ogród Saski. Pomyślałem, że może Justynie spodobało się w nim, dlatego wybrała następny. Ale też lubi w ogóle ogrody, rośliny i ogrodnictwo.
Wejście było od Willowej. Absolwenci Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej mają wstęp bezpłatny. Justyna pokazała legitymację i bileter w kasie u wejścia nie chciał od niej nic więcej.
– Ogród Botaniczny jest nasz – objaśniła – jest ogrodem naszego uniwersytetu.
A więc był także czymś jej, zabrała mnie do czegoś trochę jednak swojego.
– Lubię tu być – przyznała. – Co pewien czas przychodzę.
Ma swój Ogród Botaniczny mniej więcej tak, jak ja mam Konstancin. Co pewien czas tam jeżdżę. Gdyby zechciała, żebym ją zabrał do czegoś swojego, mógłbym zabrać do Konstancina. Mogłaby tam przyjechać.
Powiedziałem jej to na ławce w Ogrodzie Botanicznym, gdzie było słońce i dużo ciepła, a właściwie coraz więcej słońca i coraz więcej ciepła. Nie było pawia. Były za to dwie krzyczące wycieczki. Obie młodzieżowe, jedna młodsza, druga starsza. Młodsza więcej krzyczała, starsza urządziła sobie przy nas postój na przegryzkę i napoje. Justyna nie była z tego zadowolona.
– Mogliby już pójść – powiedziała ściszając głos.
Poszli. Na ławce zrobiło się jeszcze goręcej. W tym upale najbliżej było mi do lewego ramienia Justyny, które okazało się bardzo cielesne, co w pewnej chwili odkryłem, chociaż w zwykłym sensie ono było już wcześniej odkryte, jak zazwyczaj ramiona kobiet w skwarny dzień. Ale gdy musnąłem je z lekka, zdumiała mnie taka niespodzianka: ja, z natury zziębnięty, poczułem się cieplejszy od ramienia Justyny. I wtedy przylgnąłem do niego, bo zechciałem je tak jakoś dogrzać. A zabrakło pawia. Ot, co się porobiło w realu. Tyle tylko powiem, że miejsce w pustej formie, przewidziane dla lewego ramienia Justyny, wypełniło się do granic możliwości ciałem. I tak już zostało. Takie wypełnione trwa w mojej głowie.
Co do Konstancina, żeby skończyć zaczęty wątek, wysłuchała, ale nic nie odpowiedziała. Jednak wątek Konstancina nie da się skończyć. Za kilka dni tam będę i w dobrze znajomym Domu Pracy Twórczej ZAAiKS-u będę go, oczywiście, dalej tworzył, to znaczy będę pisał o bohaterce mojego romansu.
Ale ona będzie odtąd żyć w realu, choć z czasów, gdy żyła tylko wirtualnie w Internecie, zachowało się wiele życiowych i psychologicznych tajemnic, wciąż niewyjaśnionych, a proces ucieleśnienia Justyny ledwo się zaczął.
Ma swój Ogród Botaniczny, widziałem to i dałem się prowadzić po jej swojskim gruncie wśród kwiatów, drzew, oczek wodnych i łopianów olbrzymiej wielkości nad oczkami. Na koniec zgubiła drogę do wyjścia. Ale wkrótce znalazła.
A kiedy tak z nią szedłem przez przyrodę, powiedziałbym uprawną i zmysłowo-akademicką, jaką są ogrody botaniczne, oszalałe od kwitnienia i regularne niby modelki na pokazach mody, wydało mi się, że może nie Justyna ma Ogród, raczej Ogród ma Justynę. Związek Justyny z przyrodą uprawną jest istotnym składnikiem realui, wciąż niezbadanym. Justyna uprawia z czułością rośliny domowe, a taka pitaja, niewdzięcznica, jeszcze ją kłuje w palce. To było dawno i po ukłuciach nie ma śladu, sprawdziłem. Są nowe rośliny-faworytki, raz po raz się pojawiają, o niektórych wiem, a jest ich już całkiem sporo, doniczkowych i ogrodowych, aloes, azalia, żeby zacząć w porządku alfabetycznym od „a”. Jest uprawa domowa w Chełmie, a Chełm to dom prawdziwszy od Lublina, i uprawa na działce w małej miejscowości pod Chełmem. Tam dopiero, gdzie są korzenie jej głównych roślin, tam też jest pierwotne gniazdo i najprawdziwsza rodzimość Justyny.
Ale nazwy tego miejsca odległego kilkanaście kilometrów od Chełma nie wymienię, aby ochronić prywatność, jak się modnie mówi.