Pierogi domowe. Rozlewnia perfum. Coca Cola. Ciuchy i truskawki w kobiałkach. Było więcej ofert na bazarku przydrożnym, przez który szedłem do Dworca Wilanowskiego, ale te zapamiętałem.
W autobusie dalszy ciąg realu. Polska. Pani w popielatej garsonce (spódnica w idealnie zaprasowane fałdy) przeżegnała się i autobus ruszył. Oprócz pani dziewczyny zajęte smartfonami albo słuchawkami w uszach, okablowane. Standard. Gruby mężczyzna w pomarańczowym tiszercie chodzi tam i z powrotem po autobusie. Pani żegna się przed każdym mijanym kościołem. Żegna się może też przed mijanymi kapliczkami i krzyżami, bo wciąż się żegna. Narzeka na Ukraińców. Za dużo ich wszędzie. Ale najgorsi są Arabowie. Chociaż dziwna rzecz: w sąsiedztwie uczelni, gdzie studiuje córka, chodzi się bezpiecznie.
Lublin. Justyna. Jednak włosy ciemne. Justyna realna. Wcale nie wysoka na dwa metry. I cielesna, z biustem. Nieśmiała. Te włosy ciemne w bezładzie. Cała Justyna ciemna. Chyba księżycowa, nocna. A stopy w sandałkach drobne.
Trwa dosyć długo, nim się na powitanie pierwszy raz dotykniemy. Real jest trudny.