Włosy jasne, ale rozjaśnione przez fryzjera, więc może już inne, ciemne, to niewiadoma. Pojedyncze rozwiane na wietrze, prześwietlone słońcem, to pewnik. I czoło w słońcu. Profil. Tyle twarzy. Stopy uczulone, kobiecość w stopach i obuwiu, ale może ambicja – będziesz wytrzymała i silna fizycznie, to moja hipoteza na marginesie. Nic wspólnego z wyglądem. Nogi modelki na wybiegu, obrót figury, to wygląd. I właściwe koniec na tym. Jeszcze palce pokłute tu i ówdzie przez pitaję. Tyle ciała Justyny, zanim ją zobaczę. Reszta formy pusta.
Spędziłem z nią już ponad rok i mam poczucie naturalnego związku, ale w niematerialnym świecie. Jadę zakochany, a sam też jestem dla niej pustą formą, częściowo wypełnioną prawdopodobnie książkami, moimi okularami i blogiem, chyba niczym więcej. Jutro nastąpi przełom, przekroczenie granic bytu, w okamgnieniu odbędzie się transgresja z niematerialnego świata do realu. Już jutro w Lublinie.
A co ja wiem o Justynie realnej? Najprostszych rzeczy, ważnych nagle w realu, nie wiem. Może jest wysoka na dwa metry i bez biustu, z takich dobrych do skoku wzwyż i koszykówki. Tyle nieprzewidzianych możliwości! Ma na przykład męża i dwoje dzieci. Nigdy się nad tym nie zastanawiałem.
Pakuję małą walizeczkę na kółkach. Do autobusu z Dworca Wilanowskiego.