Zadzwoniłem do Justyny. Nie dzwonami z Doniecka, tylko telefonem komórkowym z Warszawy na jej telefon komórkowy chyba do Lublina. Nigdy nie wiadomo, gdzie ona jest. Ale skoro nie na kozetce, bo od psychoanalizy uciekła, pomyślałem, że najprościej będzie zadzwonić i o tę Mary Haskell zapytać. Co powie o jej kłopocie z młodziutkim, zakochanym w niej prorokiem?
– Dzień dobry, Justyno – zacząłem trochę naokoło – już po podróży? – Miała przecież wyjechać, pakowała torbę, nie wiedziałem, gdzie dzwonię. Czy ta podróż jeszcze trwa?
– Nie – powiedziała.
Aha, już z niej wróciła. Ale w telefonie brzmiał jej żywy głos. Nie wirtualny. Wydawało się, że sama jest nim zdumiona. Sama swoim głosem albo moim, nawet może bardziej moim, trudno rozstrzygnąć. No, zdumiona. Tak.
Głos był cichy i niepewny, jednak słyszałem go nie w Internecie, tylko w życiu. Co prawda przez telefon jako emanację aparatury, coś niezupełnie biologicznego. W pierwszym odruchu chciałem dopasować głos do formy, z której składa się wyobrażone w mojej głowie, częściowo tylko naszkicowane ciało Justyny. Chciałem głos umieścić tam w jej ustach, żeby stamtąd brzmiał i funkcjonował już na stale. Nie dało się tak zrobić. Głos był niekompatybilny.
– Jestem w Lublinie – powiedziała.
– W Lublinie? – I nagle wystrzeliłem z nieprawdopodobną propozycją, jak bym proponował lot w stratosferę, nie, chyba więcej, przejście w czwarty albo piąty wymiar, zachowanie wbrew prawom fizyki, coś niepojętego. – A to może spotkalibyśmy się kiedyś w Lublinie? – powiedziałem ot tak sobie.
Justyna zaniemówiła.
Spotkalibyśmy się w Lublinie, niby jak to? My dwoje mielibyśmy się spotkać? W Lublinie? Jak to się spotkać ? Wyjść z Internetu? Tak w ogóle wyjść? Nie z Internetu do Internetu?
– Jak to? – powiedziała.
– Przyjechałbym do Lublina – powiedziałem.
Chwilkę jeszcze milczała. A ja zauważyłem, że ta wyobrażona w mojej głowie, niewypełniona forma rozjaśnia się uśmiechem. Ta pusta forma najwyraźniej się cieszyła.
– Tak, tak, oczywiście, moglibyśmy się spotkać – powiedziała.
– Byłoby przyjemnie – powiedziałem.
I znów umilkła. Ale już zapaliła się do tego spotkania.
– To kiedy? – powiedziała.
Zaczęliśmy się umawiać. Wyszły na jaw małe trudności z dostosowaniem szybkiego terminu do obojga. Przede wszystkim ją czekała kolejna podróż na Ukrainę. Tym razem dłuższa do tego Stryja, niegdyś polskiego i żydowskiego, skąd przeszło rok temu odezwała się po raz pierwszy mejlem do mnie.
– No to zaraz po twoim powrocie, Justyno – powiedziałem.- Kilka dni potem.
Umówiliśmy się.
– Ale, ale, Justyno – przypomniałem sobie – czytałaś „Proroka” Khaila Gidrana, wiem. A listy do Mary Haskell?
Nie zrozumiała.
– Pisał też te listy do niej. Listy miłosne proroka. Co myślisz o tym?
Nic nie myśli. Nie czytała. Nie zna sprawy. Nie wie, zdaje się, że w ogóle istniała Mary Haskell.