Zapoznałem się jako tako z Khailem Gidranem.
Pisarz arabski, również malarz, urodzony w Libanie, ale jeszcze pod panowaniem tureckim w roku 1883, można powiedzieć, uchodźca, chrześcijanin, miałby drobną szansę nawet w Polsce, od dzieciństwa w Stanach Zjednoczonych. Z czasem zaczął pisać także po angielsku. W roku 1931 zmarł.
Dalej same niespodzianki. Jest, dowiaduję się, jednym z najpoczytniejszych autorów świata, przetłumaczonym na sto języków! Nie zawdzięcza tego jednak sensacji, fantastyce, horrorowi, opisom przemocy lub seksu. Nic takiego nie znajduję w „Proroku”, nawet żywej akcji. Jest to raczej pisany podniosłą, retoryczną prozą poetycką moralitet religijny. Z chrześcijańskiego ducha, ale nie bez nawiązań do innych religii, synkretyczny w pewnym stopniu ten „Prorok” . Może dzięki uniwersalizmowi tych odniesień religijnych uzyskał tak niesłychaną popularność w różnych stronach świata i różnych czasach, pierwszy raz w latach dwudziestych zeszłego wieku. Ale czytam, że spodobał się również kontrkulturze końca lat sześćdziesiątych. A przecież dla ówczesnej młodzieży maniera stylistyczna tych przypowieści, natkana poetyzmami dziewiętnastowiecznego jeszcze typu, mogłaby się wydawać niestrawna. Zarazem czuje się tam jakieś głębsze tchnienie buntu. To prawdopodobnie urzekało kontrkulturę. Jednak czynnikiem głównym, który zapewne przesądził o niezwykłym powodzeniu tej niewielkiej książeczki, podobnej trochę do zbioru kazań, była, myślę, dominująca w nich idea miłości jako najistotniejszego dobra w ludzkim życiu.
Khail Gidrana łączył wieloletni związek miłosny z przyjaciółką, inspiratorką jego twórczości, wielbicielką i sponsorką, Mary Haskell, nauczycielką z zawodu. W zasadzie był to związek platoniczny, choć pod tym względem niezupełnie konsekwentny. Zakochany prorok (nie ulega wątpliwości, że pod postacią proroka występuje autor) zaproponował nawet w pewnym momencie swojej ubóstwianej przyjaciółce małżeństwo, ale nie zgodziła się na nie. Zawarła inne zresztą.
Związek arabskiego pisarza z amerykańską nauczycielką pozostawał platoniczny choćby dlatego, że mieszkali poza krótkimi wyjątkami w różnych miastach, ona w Bostonie, on w Nowym Jorku. Pisali do siebie listy. Oczywiście, na charakter ich stosunków musiała decydująco wpłynąć idealistyczna osobowość proroka. Pewne znaczenie psychologiczne mogła mieć też różnica wieku. Duchowa partnerka pisarza była o dziesięć lat od niego starsza. Mimo to przeżyła go o trzydzieści trzy.
Zachowały się listy miłosne proroka do Mary Haskell i zostały pod takim tytułem wydane w wyborze i opracowaniu Paula Coelho.