– Migam się od kozetki – przyznaje sama.
Ale jest.
W Chełmie.
Pozdrawia z Chełma. Jeszcze kilka godzin temu była w Lublinie. Przypuszczałem, że nieustannie jeździ. Teraz siedzi u siebie w kuchni, czeka, żeby się zagotowała woda na kawę, będzie parzyć. Poruszona wzmianką, jaką zrobiłem o słowach broker i coaching. Ale bardziej krasnoludkiem, choć to w sobie z lekka dusi. Dyskretne duszenie krasnoludka w zakamarkach jaźni aż się prosi o psychoanalizę.
Już blisko rok temu, przypomina, wysłała do mnie pierwszego maila. Pamięta, że była wtedy w Stryju. I że wyłożyła dokładnie, kim jest i skąd. Krasnoludki nie mają takich biogramów. Ale nie o tym chciała. Chciała o coachingu i brokerze.
Najpierw broker. Brokerem została przypadkowo. Trafił się taki rodzaj pracy i przypięto jej łatkę brokera, mianowicie edukacyjnego. A to nikt inny, jak doradca, osoba, która pomaga ludziom kontynuować edukację inaczej, zrobić pierwszy krok na nowej drodze, znaleźć odpowiednie kursy, szkolenia, szkoły, a także dowiedzieć się, jak mogliby w dążeniu do dalszego kształcenia pokonać ewentualne przeszkody, gdyby przed nimi stanęły. Ot, to jest ten cały broker. Wiele hałasu o nic. To znaczy, może nie tak całkiem o nic, bo rzecz jest bardzo pożyteczna, ale nazwa woła o pomstę do nieba.
Coaching z kolei polega na towarzyszeniu klientowi w zmianie. Brzmi bardzo ładnie, prawda? A oczywiście, myślę, w dobrej zmianie, jak ze sto tysięcy razy słyszałem ostatnio od mówców już dobrze zmienionych. I wydaje ni się, że widzę mrugającą Justynę w Chełmie. Trochę sobie żartuje, a trochę myśli poważnie, profesjonalistka. O tym coachingu. O kołczingu, śmieje się. I pisze przez ł. Pachnie kawa, zaparzona tymczasem.
Żeby nastąpiła zmiana, coach (albo coacher, niektórzy i tak mówią) motywuje drugą osobę do pożądanej zmiany, pomaga odkryć takiej osobie jej mocne strony, motywuje do tego, by sama znajdowała rozwiązania swoich problemów.
Teoretycznie są różne rodzaje coachingu: biznesowy, coaching kariery (mniej więcej to, co doradztwo zawodowo), life coaching (czyli rozwój osobisty). O sensowności tego wszystkiego zaczęła trochę wątpić, gdy odkryła, że dzieci już się nie wychowuje, tylko uprawia coaching rodzicielski. Seksu spontanicznie też się nie uprawia, tylko najpierw trzeba się go nauczyć na sex coachingu.
Po jednym ze szkoleń, na którym ostatnio była, poleciała prosto do księgarni kupić „Odrę”. Pewnie domyślam się, dlaczego.
A jakże, domyślam się. Wiedziała, że ten miesięcznik przedrukował fragmenty Drugiego Blogu. O niej! Na papierze, w realu! Nie wiedziała tylko, ja też nie wiedziałem, że wrocławska redakcja nadała tekstom o przygotowaniach do zajęć z Justyną na kozetce zbiorczy tytuł „Druga”. Niefortunnie to wymyślili, a równie dobrze mogli dać tytuł „Justyna” i nie byłoby odświeżenia zadry. Ale to moja wina. Bo ja wymyśliłem bezczelnie tytuł „Wstęp do psychoanalizy”, użyty, jak wiadomo, wcześniej przez Zygmunta Freuda, tylko zapomniałem poinformować o tym pomyśle redaktorów „Odry”. Trudno się dziwić, że z niego nie skorzystali.
Kupiła więc tę „Odrę” i krasnoludek trzymał w dłoniach bajkę na swój temat. Tak się poczuła. Magia.
Ale jeszcze o coachingu. Znalazła u Roberta Frosta, poety, piękne słowa, które oddają to, w jaki sposób ona rozumie coaching: “I am not a teacher, but an awakener.” I na taki coaching to ona się może zgodzić
Czyli nie chce uczyć, chce budzić. To drugie umie jako awakener, budziciel, czyli coach.
– Może dlatego się migam od kozetki, bo nie jestem psychoanalitykiem, tylko właśnie coachem – mówi.
A ja sobie przypominam, że już kiedyś bąknęła coś takiego. Jak może się zająć mną na kozetce, skoro nie ma dość kompetencji? Wtedy jednak chodziło nie tyle o psychoanalizę, ile o literaturę. Myślałem, że jej przejdzie. A nie. Wraca do tego. Miga się od kozetki w tym sensie, że nie ma odwagi zajrzeć w moją podświadomość. Swoją mi natomiast udostępniła: proszę bardzo, rób sobie z nią, co potrafisz.