Wciąż jeszcze są tacy, którzy niezupełnie przyjmują do wiadomości, że Justyna istnieje rzeczywiście. Na ich wyczucie całą tę historię ja zmyśliłem, jak w dzieciństwie krasnoludka w czerwonym kubraczku i kapturku z pomponikiem na leśnej ścieżce. Już wtedy z niepohamowanej żądzy popisania się usiłowałem bajerować publiczność śmiesznymi oszukaństwami. Dziś robię to samo, podejrzewają. Czy publiczność ma wierzyć, że niby jakaś Justyna Dąbrowska, psycholog i pisząca artykuły polonistka, spadła mi z nieba, leży na kozetce i rozmawia z psychoanalitykiem, którym nie wiedzieć dlaczego zrobiła mnie? E tam, bujda grubymi nićmi szyta, każdy widzi. Lub raczej nic nie widzi. Publiczność przecież patrzy na te moje sztuczki. I co?
I jest tak: niektórzy jednak widzą Justynę na kozetce, niektóry nie.
Ci niewidzący mają nawet racę, bo Justyna akurat z kozetki wstała, mnie zostawiła na drugiej, powiedziała, że zostawia na krótko, musi tylko załatwić pilne sprawy, i znikła.
Wcale bym się nie zdziwił, gdyby znów była w podróży. Ma zwyczaj podróżować. A to do Mariumpola, a to do Sztokholmu, nawet do Krakowa, nie mówiąc o Chełmie. Pewna ulotność, właściwa jej naturze, znajduje dodatkowe potwierdzenie w częstych podróżach. Myślę, że wrażenie ulotności może tym bardziej udzielać się sceptykom niewierzącym w rzeczywiste istnienie Justyny i pogłębiać ich niewiarę, skoro ta dziwna osoba wciąż jest gdzie indziej i zarazem nigdzie jej nie ma.
Z drugiej strony najzupełniej rzeczywiste pokolenie współczesnych Polaków na potęgę właśnie podróżuje. Mnie odwiedziła dopiero co ankieterka GUS-u. Wyjaśniła, że zostałem wylosowany do badań statystycznych, i zapytała, ile razy podróżowałem przez ostatnie trzy miesiące za granicę, ile razy po kraju. Dlaczego Justyna nie miałaby podróżować czyli robić rzeczy dziś najzwyklejszej pod słońcem?
No tak, pod słońcem, ale pod księżycem?
Prawdę mówiąc, mnie samemu wszystko, co to dotyczy Justyny, wydawało się początkowo nieco fantastyczne. Właściwie nadal bywają chwile, gdy ni stąd ni zowąd nachodzą mnie wątpliwości, czy jej fizyczne ciało na pewno istnieje, czy tylko księżycowo-astralne w bezkresnych otchłaniach internetowej galaktyki. W dodatku fantastyczne zjawiska astralne mylą mi się trochę z moimi osobistymi fantazjami. Dla jasności, by jako tako uporządkować świat, zacząłem na własną rękę tworzyć czy może raczej odtwarzać fizyczne ciało Justyny, bez jej udziału i w strachu, że się nie uda, bo w ogóle to Justyna tylko mi się przywidziała, a w istocie jej nie ma i nie będzie.
Ale po pewnym czasie ona zawsze daje o sobie znać w bardzo przekonywający sposób. Na przykład się skarży, że kaktus pitaja, występujący w Internecie również pod imieniem Królowa Nocy, kłuje w palce. Zgoda, Internet Internetem, wiarygodność ograniczona, imię kaktusa brzmi bajkowo , ale te pokłute palce!
Dla mnie były jeszcze jednym dowodem, że Justyna ma fizyczne ciało, którego cząsteczki tak mozolnie wyciągam z astralnej mgławicy internetowej i układam jak puzzle na planie figury kobiecej. Mam już w odpowiednim miejscu włosy blondynki, mam z przeciwnej strony piekącą stopę. Dłonie z pokłutymi palcami przypadają mniej więcej na środek, dzięki czemu figura zarysowuje się o jedno oczko dokładniej i, powiedziałbym, przybiera na ciele.
I jeszcze powiedziałbym, że Justyna, o której obsesyjnie już myślę (do zakochania jeden krok, jak powiada piosenka), otóż powiedziałbym, że chyba Justyna istnieje rzeczywiście gdzieś w Lublinie i ma tam rzeczywiste ciało fizyczne.
Dodałbym taką informację dla sceptyków: ma również własną stronę w Internecie. Trudno, Internet nad nami wszystkimi panuje i nic już na to nie poradzimy. Na stronie Justyny zobaczyć można fotografię typu „en face” czyli twarz od przodu, oświetloną. Można się też zapoznać z najrealniejszym dowodem życia osoby we współczesnym świecie: z promocją. I z najrealniejszym we współczesnej Polsce językiem, zawierającym takie swojskie wyrazy jak coaching i broker. Swoją drogą, niech kto spróbuje przetłumaczy te słowa na polski.
Ja próbowałem, ale nic nie wymyśliłem.