PITAJA

 

 

Ze Sztokholmu na kozetkę. Jest Justyna, wróciła. W Sztokholmie było cieplej niż w Polsce, zamiast mrozów padał śnieg i mają pieczywo najlepsze na świecie.

 

Teraz jej należy się sesja, właściwie dokończenie poprzedniej, przerwanej ze względu na ból. On w pewnej chwili tak bardzo się zaostrzył wskutek drobinki, która wbiła się w cierpiącą już i bez tego stopę, że ja zdecydowałem o przerwaniu sesji natychmiast.

 

– Na czym to stanęliśmy wtedy, Justyno? Ślepy upór i bzdura? Na czymś takim? No wtedy, kiedy ostatni raz byłaś na kozetce przed odlotem do Sztokholmu.

 

– Jeszcze pitaja…

 

– Słucham?

 

– Na pożegnanie wbiła mi kilka igieł w palce.

 

Czuję się głupio, bo nie rozumiem, co mówi pacjentka na kozetce, a mam przeprowadzić analizę jej podświadomości. Pitaja? Co to jest?. Nie znam takiego słowa. Ale od czego Internet? Można błyskawicznie sprawdzić, rzecz zupełnie naturalna. Wszystko przecież dzieje się w Internecie, cała psychoanaliza, całe życie Justyny i moje, cały świat jest w Internecie, pitaja też musi być.

 

Jest, oczywiście. To kaktus meksykańskiego pochodzenia, uprawiany głównie w południowo-wschodniej Azji. Nazywany także Smoczy owoc i Królowa nocy, bo zakwita tylko nocą. Kwitnie przez jedną noc, za to kilka razy w roku. Owoc jadalny, najsmaczniejszy jako dodatek do lodów. Może gdzieś kiedyś jadłem takie lody, ale nie wiedziałem, że jem pitaję. Jak się okazuje, Justyna przed podróżą żegnała się nie tylko ze mną w Internecie, także ze swoimi roślinami w realu. Ma wśród nich pitaję.    

 

– Żal – mówi – małych malw, które posiałam w Lublinie i przywiozłam w busie do Chełma.

 

To gdzie ona hoduje te rośliny? W Lublinie czy w Chełmie? Gdzie żegnała się z pitają? Ma w Chełmie trzecie legowisko? Ale to jest sekret. Wyjaśnienie sekretu mogłoby wyniknąć z analizy podświadomości. Jednak nic takiego nie mówi, co w tej sprawie byłoby wskazówką dla psychoanalityka-amatora.

 

Mówi, że pitaja wbiła jej te igły boleśnie. I mówi do mnie po łacinie. Odi et amo. Nienawidzę i kocham. To jest cytat z Katullusa, ale także z mojej Trylogii. Katullus może pierwszy na świecie zauważył i wyraził tę tak podstawową i fatalną oboczność uczuć. Co znaczy to jednak u Justyny? Powinienem się   dowiedzieć.  

 

Nie wiem nic pewnego. Pewny jest ból. Tego się dowiedziałem.

 

– Nazajutrz zmieniam buty na wygodne adidasy – opowiada. – Znów przeszłam kilka kilometrów. Coś pękło i rozlało się bólem po stopie.

 

Rozlało się bólem, aha – myślę – i czymś jeszcze niewątpliwie się rozlało, kiedy już pękło.

 

– No tak – mówię – to był ten ślepy upór. Ale musiał być jakiś powód uporu.

 

– Wszystko bzdura – odpowiada. – Późnym wieczorem zdecydowałam się przejść do apteki po plastry. W trampkach. Nakleiłam co trzeba.

 

– Ulżyło?

 

– Rano obudził mnie ból.

 

Jeszcze raz ból, pitaja to też ból, on dominuje w podświadomości – uznaję – a żadnej innej konkluzji w spontanicznych wynaturzeniach na kozetce nie ma się co spodziewać . Jako stawiający pierwsze kroki psychoanalityk- amator spodziewam się bezwiednie jakiegoś logicznego wniosku z bólu , ale przecież nic takiego nie będzie, bo jaka tu może być logika, może być krzyk bólu. I psychiczny chaos.    

 

– Słuchać uważniej siebie – monologuje tymczasem Justyna – ciała – mówi – ciała słuchać – ma widocznie ciało w tej podświadomości. O, to już jest coś. W tym internecie ma ciało! Ono boli, ale dowiedziała się też ode mnie, jak czułym fragmentem ciała kobiety jest stopa. Może tę czułość i zdolność doznawania czułości, tę odwrotność bólu, to odi et amo, ma już w podświadomości i w Internecie, gdzie się wszystko dzieje.      

 

– Wszystko bzdura. Samodzielna, niezależna, wszystko zrobi sama. Guzik prawda – mówi. – I czasem trzeba dać się podwieźć.

 

– Co, co, Justyno?

 

– Życzę panu, żeby pan wiedział, kiedy można sobie pozwolić na piesze wędrówki, a kiedy lepiej zamówić taksówkę. I wcale, absolutnie tu nie chcę sugerować związku z potokiem w Dolinie Białego.

 

Ależ, Justyno, tam nie da się jeździć taksówką. Nawet GOPR po mnie przyszedł piechotą.