MAX

 

 

Justyna, ma się rozumieć, Druga zaprzecza. Nie jest wielbicielką słońca. Wprost przeciwnie. Skarży  się na upały, które istotnie nawiedzają nas fala za falą, zresztą przeplatając się z atakami ostrego zimna. Najwidoczniej przyroda ulega ludzkiej cywilizacji nie tylko ze względu na emisję dwutlenku węgla. W cywilizacji wszystko musi być teraz „na maxa”. Wysiłek sportowca, który na mecie pada trupem, i „hejt” ujadaczy w Internecie. Tempo czytania tekstu w radio  czy telewizji i głośność muzyki w kinie. Brutalność bójek młodzieży szkolnej i walk politycznych między partiami. Sam kapitalizm jest dzisiaj, jak wyraził się prezes NBP Marek Belka, „wyczynowy”,  ale może nie wytrzymać i winien popuścić. Tymczasem przyroda  ze swym upodobaniem do huraganów, tsunami, deszczów przypominających spływ nagły wodospadu i z modą na ciągłe  przeplatanie maksymalnych upałów z zimnami , dostraja się do „mainstreamu” cywilizacji.   

 

Ale miało być o Justynie. Justyna pisze mi w poczcie elektronicznej , że wyjechała z Lublina do Lublińca, by w tej  śląskiej  miejscowości odbyć kurs V Transdyscyplinarnej Szkoły Letniej dla doktorantów. A tam słońce pali na maxa i zmienia umysły w suchą zastoinę.

 

„Koleżanka z pokoju mówi, że codziennie wietrzy swój mózg, by zacząć nowy dzień ze świeżością. Oczami wyobraźni widziałam już siebie, jak zarzucam mózg na trzepaku jak stary, schodzony dywan, a z każdym uderzeniem trzepaczki unoszą się z niego tumany kurzu. Zalegające myśli, dziwne przebłyski, skojarzenia. Wokół robi się szaro i duszno. Mózg nie boli, nie ma w nim żadnych receptorów bólowych, więc zabieg byłby całkowicie bezbolesny. Następnym krokiem jest pranie mózgu, jak pranie dywanu. To skojarzenie jest już bardzo negatywne, więc podejrzewam, że daruję sobie zastosowanie intelektualnego vanisha. Wystarczy jednak samo wietrzenie”.

 

Takie rzeczy pisze Justyna i coś mi się zdaje, że potrafi napisać jeszcze różne inne, może nawet doktorat o Trylogii rzymskiej. A ja zbyt pochopnie, na podstawie zdjęcia profilowego z Facebooka  przypisałem jej kult słońca.

Pozwoliłem swojej pierwszej intuicji zagalopować się „na maxa”, bo spojrzałem na zdjęcie, przypomniałem sobie  słowo heliotropizm i poleciałem za nim od razu Bóg wie gdzie.  

 

Z Justyną trzeba  ostrożniej, panie pisarzu. To nie jest osobowość prosta. Nie da się skonstruować Justyny z jednego motywu. Nad Justyną trzeba się będzie nagłowić.  

 

„Och, zawsze chętniej myślałam o sobie jako o wielbicielce księżyca niż słońca ” – skomentowała „Heliotropizm” na Drugim Blogu. – „Światło odbite, mniej rażące, spokojniejsze, srebrzyste, chłodne i spokojne. Tak jak sen Endymiona”. Słońce, zdaniem Justyny, jest okrutne, dało dowody tego okrucieństwa ostatnimi dniami. Natomiast przyjazny księżyc,  jak dobry stróż, „uważnie patrzy pełnią cyklopiego oka. I czuwa”.

Ale to przecież nie znaczy, żebym z powodu takiego stosunku do księżyca miał natychmiast uznać Justynę za lunatyczkę. Zdradza jednak niewątpliwie pewne cechy lunatyczki, nie tylko tę jedną.

 

Osobowość księżycowa?

 

Spokojnie, blogerze.  Nie na maxa! Justyna prawdopodobnie zaskoczy nas jeszcze nie raz.