A tu i teraz: osiedle Służew nad Dolinką.
Powszednia droga z domu do „Landu” korytarzem podziemnym na drugą stronę Alei
KEN. Jak zawsze.
W „Delikatesach” biorę u wejścia wózek na zakupy i staję przy długiej ladzie. Jest kilka osób w kolejce. Po
wędliny. Niektórzy kupują kilka gatunków, długo się namyślają nad wyborem, a potem jeszcze zmieniają decyzję.
Zostawiam wózek w miejscu, gdzie stałem, i przechodzę wzdłuż kolejki na przeciwległy koniec
lady do wystawy paczkowanego łososia i serów. Oglądam sery i też się namyślam
przez chwilę. Mam czas.
Wracam do kolejki, ale tu okazuje się, że ktoś nowy zajął już moje miejsce. Trudno.
Rezygnuję z góry.
Wolę zrezygnować, niż wdać się w spór o prawo do miejsca z rodakiem, który osiągnął już bądź co
bądź drobny sukces moim kosztem, już mu się udało, już lepiej ode mnie stoi, a ja przychodzę odebrać mu tę maleńką,
może jedyną satysfakcję życiową tego dnia. I co? Mam narazić się na jego podejrzliwość,
wyćwiczoną jeszcze w kolejkach po świńskie gnaty za czasów PRL, którą niewątpliwie przywoła na pomoc? Pan tu nie stał? Ja
pana nie widziałem?
Ale cóż on robi! Sam schodzi z miejsca i staje za mną! Jakby się przy tym jeszcze ukłonił.
Spojrzałem, kto to taki. Jakiś znajomy?
Nie. To był młody Chińczyk.