– Nie ma miłości bez dotyku – powiedziała Justyna i to były
jej wielkie słowa w epoce Internetu. Nie ma rozkoszy bez dotyku – mówię ja,
żeby postawić kropkę nad i.
Co wobec tego zrobią w przyszłości ci ludzie bez cielesnego kontaktu między sobą, z
kablami w uszach, oczami wlepionymi w ekrany, dziś podłączeni do Internetu? Co
zrobią, gdy zamiast wszystkich tych prymitywnych i archaicznych urządzeń wszczepione
im będą lub wstrzyknięte wprost do organizmów nowe, tysiąc razy doskonalsze protezy
do zastępowania psychiki, skoro już teraz nie mogą podołać wielu funkcjom psychicznym
przez brak czasu i nadmiar zadań?
Oczywiście, dostaną sztuczną pamięć, i to z gotowym zasobem informacji, milionami programów, całą
wiedzą encyklopedyczną, praktycznie do niczego niepotrzebną, ale na wszelki
wypadek zawartą w jakimś pyłku czy kropelce. Otrzymają na przykład używalność wszystkich
zamierzchłych, do niczego niepotrzebnych języków, nawet sanskrytu, łaciny i
polskiego. Może będą nosić wrośnięte do mózgów i już samoistnie się reprodukujące
nie implanty nawet, ale potomstwa dawnych implantów, a w tych mikroskopijnych,
niszowych zasobnikach co kto chce: bezkresne genealogie własne, wszystkie muzea
świata z Michałami Aniołami, teatry z Szekspirami, przedwieczne książki, istne
galaktyki blogów, dlaczego nie? W razie życzenia uruchomią się odpowiednie
neurony, wyświetlą to i owo, a potem skasują.
Ludzie ci rozmnażać się będą, rzecz jasna, pozaustrojowo, okropny sposób rodzenia na wzór zwierząt zostanie
definitywnie zarzucony, in vitro, ha ha, przejdzie o wiele wcześniej, oj przejdzie.
Ale co z miłością i rozkoszą, których nie ma bez dotyku? Czyżby nasi następcy, zreformowani
technologicznie, organicznie i kulturowo, ulegali jednak biologicznemu atawizmowi i na wzór jastrzębicy z
wężem w metrze usiłowali raz po raz pośpiesznie spółkować stojąc? A może doznanie
rozkoszy seksualnej mieliby wsączone do mózgu w kropelce i to by ich zaspokajało tysiąc razy pełniej,
bo to dopiero byłoby doznanie – jak dziś powiedzieć? – megaorgazmu?
Trudno opisać dokładniej konsekwencje rozwoju naszej raczkującej dopiero cywilizacji
elektronicznej, że ją tak nazwę, wyróżniając elektronikę jako pars pro toto, cząstkę zamiast całości,
gdyż rozmaite inne czynniki też jeszcze wchodzą w grę: genetyka, chaos, masowy
analfabetyzm wtórny, odkrycie zjawisk fizycznych, o których istnieniu nie wiemy, i tak dalej.
Ale już wcześniej, w warunkach zbliżonych do dzisiejszych z ich prymitywną techniką na
pewno by się przyjął i okazał rentowny taki wynalazek: techno-orgazm na
kliknięcie. No, może e-orgazm. Nazwę produktu marketingowo stosowną zawsze by
się wymyśliło. Grunt mieć produkt, urządzenie wywołujące wrażenie „mega”. Mieć i móc podłączyć
klientom.
Oni już by się okablowali, oblepili elektrodami, natkali antenami i tak opasani, oklejeni,
uszczęśliwieni instalacją własnego wnętrza przebywaliby w sieci jak w transie i
przeżywali ekstatyczny megaorgazm po czubki palców i końce włosów całym okablowanym ciałem.
Inaczej mówiąc, siedzieliby bez potrzeby dotyku w metrze albo leżeli w łóżkach, zmęczeni
po pracy, i przywykaliby zawczasu do przyszłych, jeszcze głębszych transformacji.