PERPETUUM MOBILE

   Kiedy będzie koniec polskiej wojny domowej o Smoleńsk i zamach? A jakiż może być ten koniec, skoro wojna toczy się nie o rzeczywistość, ale, jak mówią, o prawdę, czyli w tym wypadku o coś, co jest potrzebą duszy, a co ludziom wierzącym w zamach było tak czy owak od początku wiadome? Tej prawdy nie można ani udowodnić ani zbić dowodami empirycznymi, tej potrzeby nie można zaspokoić argumentami rozumowymi, bo to jest prawda emocjonalna, prawda uczuć , prawda aprioryczna, irracjonalna. Zamach był, ponieważ nie mogło go nie być. Przecież „prawdziwi” Polacy wiedzą, czują, w sercach mają tę prawdę, w swoich bólach i ranach. Znają ją ze stu tysięcy legendarnych już precedensów męczeńskich, rodzinnych, z Katynia, Sybiru, z dziada pradziada. Nie pozwolą więc, żeby zdrajcy, mordercy, żeby hańba… i tak dalej.

   Aż tu profesor Zbigniew Brzeziński, zamiast, przypuśćmy, stanąć na czele niezbędnej podobno komisji międzynarodowej i wydać dokument „this is to certify, że zamach faktycznie był, a winni są Tusk, Komorowski i Putin”, zniecierpliwił się trochę i stwierdził prosto z mostu, że chodzi o „nieodpowiedzialne bzdury”. U podłoża ich tkwią, jak wyraził się profesor, „trudności psychologiczne” kilku osób, najwidoczniej „chorych”, lecz i perfidnych („wrednych”) , a jeśli ktoś politycznie na tym korzysta, to Rosja. Na co mu natychmiast odpowiedziano, że „jego powaga i poważanie leżą w gruzach”.

   Tak właśnie toczy się wojna o Smoleńsk i musi trwać w nieskończoność. Każda negacja „prawdy”, czy to ostra, jak wypowiedź profesora Brzezińskiego, wygłoszona ze wzrokiem skierowanym prosto w kamerę, czy to oględna, maksymalnie rzeczowa, mówiona cichym głosem, nieśmiało, ze wzrokiem skierowanym na kartkę papieru, jak wypowiedzi prokuratorów albo ministra Millera,
każda enuncjacja nie pokrywająca się z „prawdą” napędza agresję „prawdziwych” patriotów. Akcja wywołuje reakcję. Nie wiem nawet, czy nie jest tak, że im spokojniejsza akcja, tym bardziej furiacka reakcja. Gdy na przykład premier Tusk zadał sam sobie retoryczne pytanie „jak żyć, panie premierze” (z tak oszalałą opozycją), prezes Kaczyński zapytał, czy Tusk chce go zamordować.

   Według profesora Brzezińskiego, sprawcami wojny o Smoleńsk jest kilka osób zapewne chorych. Jednak taki Macierewicz na przykład: choroba swoją drogą, ale przypadek niezwykły. Trudno zaprzeczyć, że chorobie towarzyszy niewątpliwa inteligencja, czyli rzadka umiejętność podtrzymywania w ruchu perpetuum mobile, czym jest głównie dzięki jego pomysłom polska wojna domowa o zamach.

   Największe nieszczęście polega na tym, że choroba jednostek zaraziła już wielu, poważną część społeczeństwa. Nie wiadomo, do czego doprowadzi taka słabnąca na przemian i wzmagająca się epidemia z atakami gorączki raz po raz. Chore jednostki, mianowicie politycy, zejdą prędzej czy później ze sceny. Ale społeczne skutki zarazy mogą być długotrwałe i nieustępliwe.

   Jeśli tak, to ustąpienia ich spodziewałbym się dopiero w odległej przyszłości, gdy ludziom pomylą się strony konfliktu. Co mam na myśli, wyjaśnić najlepiej na przykładzie.

   Także przed II wojną światową toczyła się w Polsce zacięta walka polityczna między narodowcami a lewicą i – powiedzmy – centrystami, reprezentowanymi przez Piłsudskiego. W końcu prezydent Rzeczypospolitej, Gabriel Narutowicz, został rzeczywiście zamordowany w zamachu przez narodowca, a Piłsudski i przywódca narodowców, Dmowski, byli do końca życia nieprzejednanymi przeciwnikami. Dopiero wiele lat po wojnie pomylili się zdezorientowanym pokoleniom tak gruntownie, że dziś uchodzą u większości Polaków, zwłaszcza „prawdziwych”, za niczym nie różniących się od siebie patriotów, którzy zgodnie i bogobojnie dokonywali chwalebnych czynów.