Powiedziałem wczoraj Justynie, że stawiam warunki. Ona porozmawia ze mną, ale ja z nią. Ona może rozmowę zapisać i wydrukować, ja opisać na blogu. Warunki zostały przyjęte.
Justyna jest córką poety zmarłego 34 lata temu. Przyniosła mi w podarunku świeżo wydaną książkę ojca. Zrewanżowałem się swoją zeszłoroczną, „rozmowami z Jackiem Bocheńskim”. To ją chyba zbiło z pantałyku, bo nie wiedziała, że taka książka, „Wtedy”, istnieje. W ogóle odniosłem wrażenie, że mało mnie czytała.
– Justyno – zapytałem – jak myśmy się poznali? Pamiętasz?
– Zdaje mi się, że w stołówce związku literatów na obiedzie. Byłam dzieckiem.
– A jak mówisz o sobie: ja – psycholog, czy ja – psycholożka?
– Psycholog.
– Mówisz: ja – dziennikarz czy ja – dziennikarka?
– Dziennikarka.
Justyna nie przyszła rozmawiać z autorem o świecie i książkach, tylko z człowiekiem o jego życiu. Pomyślałem, że dla mnie to nudny temat. Żyć długo, jak ja, i na dodatek o tym życiu gadać! Jakby nie było ciekawszych rzeczy. Ale nie powiedziałem tego Justynie. Przez grzeczność. Powiedziałem, że jej coś pokażę.
– O! Będzie jeszcze performance?
Narzuciłem na nią kurtkę.
– Gdzieś wyjdziemy?
– Tak. Na balkon.
Pokazałem kwitnące petunie-pogrobowce, które przetrwały do wczoraj mimo zimna. Wiatr niemiłosiernie nimi targał.
– Próbuję je naśladować – objaśniłem.
A ciastek Justyna nie chciała. Skubnęła do herbaty trochę szarlotki i zostawiła. Resztkę wyniosłem dziś gołębiom.