Stanisław Grochowiak – „Boskie Narodzenie” (na marginesie – Jacka Bocheńskiego „Boskiego Juliusza”) (1)

„Współczesność” (Warszawa)
Nr 24 (104) / 16-31.12.1961 r.

Bóg się rodzi – i na pewno wie, co robi.

Dojść do boskości to utrwalić się w historii ludzkiej nieomal na wieczność. Chciałeś być bogiem jasnym, pomnażającym szczęście i dobrobyt, bogiem wspominanym czule? Nie, z tego pragnienia musisz wyzwolić się na początku. To marzenie jest zbyt śmiałe. Musisz zawsze pamiętać, ze znajdą się heretycy, renegaci, ograniczeni rozumowcy, którzy poczną szperać po twojej świętej biografii i nawet twoje rzeczywiste cnoty podszyją intencją sprośną lub wręcz trywialną. .Ale boskości nie utracisz – wyzbywszy się świętości zyskasz bowiem na diabelstwie; nie możesz zostać zbawicielem, będziesz przecież demonem. Wybierając boskość nigdy bowiem nie wybierzesz. sobie moralności, wizerunku etycznego – z tego musisz z góry zrezygnować na rzecz zwykłych śmiertelników, to jasne, osiągniesz jednak to o czym marzyłeś od zarania: trwałą ingerencję (obojętne – negatywną czy pozytywną) w losy tego świata, moc i trwanie.

Wysiłek bogów niech właśnie będzie taki – od razu, od pierwszych kroków na drodze osiągnięcia boskości rozdzielić ją z etyką. Jeśli naprawdę jesteś cnotliwy, czeka cię droga ciernista. Ani przez chwilę nie wątpimy, że piękne i prawdziwie bezinteresowne czyny potrafią ludziom imponować i niekiedy zjednywać ich wdzięczność. Osłabiają jednak niepomiernie pozycję ich sprawcy: wychylony na zewnątrz, altruistyczny, cieszy się realnymi efektami swej pracy, coraz bardziej zapominając o sobie, o szybkim i energicznym przelewaniu tych zysków na własne konto. Gdy inni porastają w dobra, on się pauperyzuje – następuje wyrównanie, bezruch, ohydna entropia, która nieuniknienie oddala od boskości. Ponadto prawdziwa etyka jest czymś niezwykle uporządkowanym, logicznym, przejrzystym – intencje i czyny układają się w nudny porządek przyczyn i skutków -a powiedzcie sami, czy bóg może być nudny, logiczny, przejrzysty? Skoro prędzej czy później mamy zejść do Juliusza, w tym miejscu spotkajmy się z Katonem, Świętym Franciszkiem epoki cezarejskiej, który również ubiegał się o laur nieśmiertelności i czynił to na drodze cnoty. Nie, panowie, nie jesteśmy naiwni, ta piękna scena z Plutarcha – scena męczeńskiej Śmierci – jest wyraźnie sfałszowana. Fontenelle, który podsłuchiwał rozmowy zmarłych (a szczególnie Małgorzaty Austriackiej z Hadrianem) mógłby dziś dużo powiedzieć na temat, jak ta Śmierć była na sobie wymuszona, dla innych reżyserowana, a w rozgrywce z Juliuszem Cezarem spożytkowana na zasadzie konia szachowego. Gdyby Katon był święty, byłby bezinteresowny – skoro był interesowny, znaczy. że bardziej niż święty wolał być boski.

Skoro jednak bóstwu nie wolno – za żadne skarby! – ulegać pokusom niekłamanej dobroci, przestępstwem wobec własnej wielkości byłaby postawa skrajnie antymoralna. Konsekwentny okrutnik nie jest w niczym bliższy boskości, niż konsekwentny Święty. Spójrzmy zresztą na wierzenia poczciwego ludu: czy p r a w d z i w y, w i e l k i diabeł w czymkolwiek przypomina rozbestwione zwierzę? Owszem, te małe kundle diabelskie, te diabły trzeciej czy czwartej kategorii – one mogą być kosmate, wyszczerzające na świat zęby, krom .chamstwa nie znające żadnych uczuć. Dlatego zresztą są małe i ostatecznie w szkodliwości ograniczone. Gdyby Juliusz rozegrał Wojnę Domową na tej samej zasadzie, co wojnę w Galii, byłby właśnie takim małym, kosmatym kundlem. W książce antykwariusza, pana Jacka Bocheńskiego, ta cudowna przezorność i przewrotność Juliusza Cezara stanowi chyba najznakomitszy kąsek.

Pomnik Juliusza Cezara w Rzymie

W Galii Juliusz Cezar zachowywał się niepospolicie źle. Czy dlatego, że był złym człowiekiem? Otóż to. Chytrość kandydata, na boskość polega właśnie na tym, że nigdy nie wiemy, kiedy jest sobą, bo czy ktokolwiek wie na pewno, jaki jest bóg? Sądząc z niebylejakich skłonności do niewiast, wyobrażam sobie Juliusza (przy walnej pomocy pana Bocheńskiego) jako strukturę raczej łagodną, a nawet nieco rozlazłą. Czyżby więc Juliusz dostosowywał się tylko do dzikości i zwyrodnienia przeciwnika? Ależ, prokonsul Pompejusz był trzykroć dzikszy i bardziej rozpasany, niż Dywijaks Ariowist i Wercyngetoryks razem wzięci. Dla Pompejusza Cezar starał się być. wspaniałomyślny, wobec jego sprzymierzeńców – elegancki. Więc dlaczego ta przewrotna, zaskakująca kolejność metod?

Jeżeli powiemy, że po to, aby trudniej było zgadnąć, zniżymy się na poziom naiwnych i swawolnych dzieci, ale równocześnie dotkniemy obnażonego jądra boskości.

Odeszliśmy od tych szczególnych czasów, kiedy ufano, iż wszystko i bez. reszty – a więc i historię bez reszty – da się wytłumaczyć na zasadach racjonalizmu. Dzieje to wielka machina, pełna zębatych kółek, sprężynek – i wystarczy jedynie poznać jej schemat, aby wskazywała same szczęśliwe godziny. (Były to w końcu czasy, kiedy nawet królowie zajmowali się zegarmistrzostwem i to tuż przed udaniem się na gilotynę). Dziś pozostała nam dążność do szukania praw powszechnych – na to zgoda! – dzisiaj (z niemałym powodzeniem) staramy się te prawa wykorzystywać w pragmatyce społecznej, ale dzisiaj posiadamy już świadomość wyjątku. Jest w historii ludzkości pewna złowieszcza szczelina – szczelina irracjonalizmu. Możemy się pocieszać, że w miarę pomnażania się wiedzy ludzkiej, w miarę wzrostu etyki, ucywilizowania człowieka, szczelina ta będzie się .pomniejszać. Czy kiedykolwiek zniknie w ogóle?

Bogowie, a. w ich rzędzie Caius lulius Caesar, o szczelinie irracjonalizmu wiedzieli grubo przed nami. Lubili prowadzić w jej pobliże całe narody, aby je połykała. „Jak to jest możliwe? Jak to stać się mogło?” Pytania od wieków tłukące się po tym globie – i bardzo lube uszom bogów.

Bóg się rodzi – i na pewno wie, co robi.

Prawdziwie irracjonalną potrafi bowiem być tylko natura. Ona jest tylko spontaniczna, wyzbyta z samowiedzy, z planu. Człowiek – kandydat na boga, niestety, nigdy nie osiągnie chaotyczności z niekonsekwencji natury. Musi więc ją pozorować. Rozpatrzmy rzecz na przykładzie podsuniętym przez antykwariusza:

Utarło się w ludzkim myśleniu, że aby dokonywać podbojów, trzeba zorganizować armię. Taki prosty wniosek poddaje nam nasza zdradliwa logika. W granicach tej logiki mieści się jeszcze obraz szaleńca, który z motyką rusza na słońce, a czasami nawet cos w ten sposób osiąga. Choć budzi w nas niesmak połączony ze zgrozą, przecież pozostaje dostępny naszemu rozumieniu. Postępuje w końcu jak człowiek, tyle, że szalony.

Aby być bogiem, należy porządek rzeczy odwrócić całkowicie: Caius Iulius Caesar dokonuje podbojów w Galii, aby zorganizować w ł a s n e wojsko. Przyczyna staje się skutkiem; skutek – przyczyną. Ale to zaledwie wstęp. Cezar będzie ratował republikę przez dążenie do monarchii. Obieca ocalić demokrację, jeśli otrzyma prawa dyktatora. Absurdy? Ależ tak! Jak najwięcej absurdów! Absurdy w rzeczach małych, ograniczonych, kompromitują autora – te same niedorzeczności w skali najszerszej, w skali Imperium, świadczą tylko o jego boskości. Gniew ludu rychło ustępuje przed osłupieniem, niedowierzanie przed fanatyzmem wiary: „skoro ON ośmiela się na takie łamanie ustalonego porządku, skoro nie ograniczają go żadne znane nam prawa, widać z lego, że jest bogiem! Niech sobie chryzostom Cicero połknie własny język, Cezar zwycięży!”

Ciąg dalszy – część II

Stanisław Grochowiak – „Boskie Narodzenie” (na marginesie – Jacka Bocheńskiego „Boskiego Juliusza”) (2)

Doszliśmy do Cicerona, postaci zarówno sympatycznej jak i odrobinę groteskowej (wielka to rzecz, Cezarze, nie prześladować swoich adwersarzy, ale ich po prostu ośmieszać!), więc nie wolno nam pominąć pięknej sztuki autopropagandy. Można bowiem posiąść wszystkie tajniki boskości, rozkręcić przedziwną machinę irracjonalizmu, a na tym właśnie szczególe skręcić kark raz na zawsze. Zresztą szlachetny Cezar też się tutaj zdrowo pośliznął, ale to już było później – na etapie pomników…

Jak bóg mówi o sobie? Ile zdradza z własnej samowiedzy? Jaki jest jego styl? Jego słowo? Pytania bynajmniej niebagatelne, skoro nawet Biblia słowu daje pierwszeństwo. Więc jaka jest proza Juliusza Cezara?

„Naga, prosta i pełna wdzięku, bez wszelkich ozdób krasomówczych, jakby się pozbyła ubrania. Cezar zachowuje się tak, jakby tylko innym dać materiał do napisania historii, ale chyba głupiec da się na to złapać i zabierze się do fryzowania jego stylu – ludzi rozumnych może on raczej odstraszyć, ponieważ w historii nie ma wyższych zalet nad prostotę i zwięzłość” (tłum. Jan Parandowski).

Dorzućmy Cyceronowi z własnych doświadczeń: nad bezosobowość (Cezar nie używał zaimka „ja”), wystrzeganie się wszystkiego, co nie jest „faktem” lub „oczywistością” (żadnych wahań, oznak zwątpienia), nad „obiektywizm”.

Cicero bezwiednie, ale trafnie wypunktowuje właściwe intencje stylu bogów:

– przede wszystkim odebrać ochotę komukolwiek do takiego czy innego „fryzowania” świętych pism;

– poprzez zwięzłość i przejrzystość zapisu przywołać wrażenie prostoty („taki niepojęty, a zarazem taki prosty!”);

– poprzez „prostotę” opisu własnych czynów sprawić wrażenie niezwykłej łatwości w ich dokonaniu.

Sam Cicero nie byt bogiem, nie miał na to ani ochoty, ani szans, dlatego jego styl jest rozwlekły, bufonowaty, łasy na komplementy. Styl człowieka – styl humanisty – wciąż niepewny swoich prawd, a więc obrzmiały w argumenty i komentarze choćby najbardziej retoryczne, zabójczy jest w odniesieniu do bogów. Zmusza do odsłaniania intencji (które przecież trzeba ukryć najgłębiej); do przekonywania (bóg nie przekonywa, bóg wymaga wiary); do zdradzania uczuć (bóg powinien być ich pozbawiony tak samo, jak nadrzędnej etyki). I w tym zakresie Caius Iulius Caesar był mistrzem. Błądząc wśród gwiazd, zapewne przeklina chwile, w której szlachetna wstrzemięźliwość ustąpiła przed zgubną pokusą ujrzenia siebie w dziesiątkach kamiennych duplikatów… Cóż z tego, że owa chwila (jak to z prawdziwym artyzmem opisuje antykwariusz) związana była z poezją uczuć do Kleopatry, z bajeczną przejażdżką po Nilu i z tysiącem uciech na smagłym łonie egipskiej królowej? Cezar krążący wśród gwiazd już wie, że tutaj utracił swój styl i że tu skręcił nogę. W życiu bogów musi zachodzić nieustanna dialektyka miedzy irracjonalizmem posunięć, zaskakującą wymową skutków, a zewnętrznym opanowaniem, graniczącym niekiedy z ascezą.

Bóg się rodzi – i no pewno wie, co robi.

Jego zamysłem jest doprowadzić społeczeństwo do szczeliny irracjonalizmu, sprawiać wrażenie najbardziej irracjonalnego z irracjonalnych, ale jedynie sprawiać wrażenie. Na wewnątrz, na własny użytek bóg musi pozostać czujnym graczem, dla którego poza zasadami gry, nic praktycznie nie istnieje. „Właściwy moment” – oto co jest fetyszem dla boga. Zaczyna się od „właściwego momentu” narodzin. Tej chwili – bardzo rzadkiej i luksusowej – nie wolno przegapić, ona jest fundamentem.

Nie zgadzamy się z antykwariuszem, panem Jackiem Bocheńskim, że decyzja o boskości naszła Cezara nagle, pod wpływem pobudek biologicznych, pod pierwszym podmuchem starości. Niestety, niestety, bogowie rodzą się nie wtedy, kiedy chcą, ale wówczas, gdy mają do tego warunki. Już od rozbicia spisku Katyliny Cezar węszył za sprzyjającą aurą. Musiał jednak czekać. Nie robił sobie zapewne wyrzutów ze zmarnowanego czasu, bo przecież tylko ulegał naciskowi okoliczności. Potrzeba było jeszcze wiele obrotów słońca, aby śmiertelna rana, jaką spisek zadał Republice, objawiła się w całej grozie przed oszołomionym na razie społeczeństwem. Republika musiała wykrwawić się – i krwawiła. Na co umiera Republika? Lud tego nie wie, ale kandydaci na bogów wiedzą doskonale: na gadulstwo! Śmiertelne znudzenie społeczeństwa przewlekłymi polemikami optymatów z popularami — to była agonia. (Znakomicie wyglądają w tej sprawie Cycero i Katon, którzy w mowach nie ustawali niżej godziny). I dopiero wtedy, gdy na widok nieskazitelnych senatorów lud dostawał czkawki, Cezar mógł pojechać do Galii i zanurzyć ręce we krwi. Szok! Szok od samego początku – oto, na co trzeba liczyć. Aby powodować szoki, nie tylko wystarcza znać aktorów i prawidła reżyserii, ale również aktualny stan widowni. I tak biedne koło boskości się zamyka: oszukuj, zacieraj tropy, nie dawaj historii ani chwili wytchnienia – sam jednak nie daj się przechytrzyć – bądź czujny, obawiaj się nawet samego siebie.

„Nie dawaj historii ani chwili wytchnienia”. Postulat, który zapewni ci boskość; postulat, który cię unicestwi. Tylekroć przechytrzana natura człowiecza pewnego dnia obdarzy cię potwornym zmęczeniem, tobie bowiem historia też nie dawała chwili wytchnienia. Zapragniesz odrobiny spokoju, rozluźnisz krąg czujności. Tylekroć stawiane na głowie prawa historii i społeczeństwa obrócą się przeciwko tobie – zgodnie zresztą z twoimi własnymi interpretacjami. Nie spostrzeżesz się.

Bogowie bezbłędnie wyczuwają „moment narodzin” – z równą bezbłędnością przegapiają „moment śmierci”, zastaje ich bowiem już w tym stadium upadku człowieczeństwa, kiedy w śmierć przestali wierzyć.

* * *

Zapis z lektury notatek antykwariusza może być taki, jak powyżej, może być całkiem inny. W „Boskim Juliuszu” nie żałowano bowiem miejsca dla perypetii łóżkowych Cezara, dla opisu nieszczęsnych chuci poety Katullusa. Rozumiem intencje autora, aby – w każdej drodze do boskości dostrzegać również małe, karierowiczowskie chwyty, nie całkiem wolne od groteski i bezbrzeżnej ludzkiej żałości. Rzeczy to bezsprzecznie smakowite, felieton o Katullusie jako pewna organiczna całość – kapitalny, ale jak na wymiar książeczki o 170 stronicach, szczodrobliwość autora wydaje mi się przesadna.

Znakomitość tej książki polega na jej uderzeniu w sprawy główne nie tylko dla Postumii, Serwilli, Kleopatry, ale również dla nas. Tę właśnie zasługę chciałem i moją wariacją uwypuklić.

STANISŁAW GROCHOWIAK

Jarosław Iwaszkiewicz – „Co papuga wyciągnęła…” (z cyklu: „Rozmowy o książkach”)

„Życie Warszawy”
Nr 304-306 / 23-26.12.1961 r.

Uważają mnie za niepoprawnego optymistę, jeżeli chodzi o polską literaturę współczesną. Wciąż mi wypominają, że przesadzam, że niepotrzebnie się entuzjazmuję. Kazano mi niedawno pokazać coś jeszcze, w produkcji 1961 roku oprócz Brezy i Andrzejewskiego. Bardzo dobrze, powiedziałem i zrobiłem taką sztuczkę:

Wypisałem sobie (ściśle biorąc kazałem sobie wypisać) na małych karteczkach tytuły wszystkich nadesłanych mi w tym roku książek. Karteczki te ułożyłem w dwa stosy: w jednym były tytuły tomów prozy, w drugim poezji. Oba stosy spoczywały na moim biurku. Wypuściłem na nie swoją papugę. Mam taką papugę, bardzo piękną, chociaż niewidzialną. Mieszka ona stale w piosence „Złoty pierścionek” – ale często mnie odwiedza. I ta papuga wyciągnęła z każdego stosu po jednej karteczce. W ten sposób otrzymałem po jednym tytule z prozy i z poezji, z przeciętnej produkcji mijającego roku. O tych dwóch książkach postanowiłem pomówić z wami, drodzy czytelnicy, na zakończenie 1961 roku.

Jakież to były książki? Nie sądzę, żeby papuga miała takie szczęście, ale książki okazały się bardzo dobre, niezwykle interesujące, choć na chybił-trafi wyciągnięte z całego stosu innych.

Na niebieskiej kartce (proza) było napisane: Jacek Bocheński, „Boski Juliusz”; na. różowej (poezja): Zbigniew Herbert: „Studium przedmiotu”. […]

Książka [Jacka Bocheńskiego] okazała się w najwyższym stopniu godna wyróżnienia.. A co najważniejsze, stanowi rewelację, niespodziewane odkrycie w autorze. Bocheński, ongi, dawno już temu należał do „pryszczatych”, a ci młodzi pisarze musieli się nasłuchać niejednego. Między innymi zarzucano im brak kultury. Tymczasem Jacek Bocheński w swoim ,,Boskim Juliuszu” okazał się człowiekiem bardzo wykształconym, erudytą zupełnie pierwszorzędnym i klasykiem, swobodnie obracającym się w dziedzinie greckiej i łacińskiej literatury. Niezmiernie ciekawe jak to wykształcenie, ta erudycja przełamuje się w temperamencie autora – jaka powstaje stąd mieszanina.

Erudytów mamy w starszym pokoleniu niemałych i niemało. Ale są to erudyci raczej beznamiętni , spokojni – monotonnym głosem relacjonujący nam dawne zdarzenia, dawne, wierzenia i dawne fabuły. Tymczasem Bocheński wkłada w swoją książkę ogromną namiętność, ogromną żarliwość – i trochę jakby zniecierpliwienie odwieczną komedią ludzkich zmagań o władzę i boskość. Nie ma w książce Bocheńskiego natrętnych aluzji do dnia dzisiejszego, nie ma prostackich równoległości – schematycznych porównań pomiędzy figurami rzymskiej historii a wczorajszymi czy dzisiejszymi wielkościami politycznymi. A jednak. czuje się przy odczytywaniu każdego zdania. ,,Boskiego Juliusza”, że Bocheński myśli o nas, nam, dzisiejszym ludziom pragnie ukazać strach i żądzę dążenia do władzy, przerażające konieczności, które czyhają na władzę tę sprawujących.

Cała książka Bocheńskiego wre i kipi.

Więc jakże nam nosem kręcić na stan naszego pisarstwa, kiedy byle przypadek podsuwa mi tak poważne zdobycze? Wierzcie mi, mamy bardzo dobrych pisarzy – i to nie tylko tych, o których dziś mówię. Papuga mogłaby wyciągnąć dziesięć kartek niebieskich i (może bardziej ryzykownie) dziesięć różowych – i jeszcze dużo dobrego pozostałoby w tegorocznym stosie tomów.

JAROSŁAW IWASZKIEWICZ

Bocheński o Owidiuszu

„Życie Warszawy”
Nr 9 / 15.02.1962 r.

Podobno Jacek Bocheński, autor „Boskiego Juliusza” zamierza napisać książkę o Owidiuszu, a następnie o Tyberiuszu. Dla najmłodszych czytelników – pisarz przygotowuje książeczkę o „Metamorfozach” Owidiusza. Sam – jak z tego widać, metamorfozie nie uległ, bo pozostaje – jak na razie wierny historii starożytnej…

(be)

Ernest Bryll – „Bóg czy polityk (1)

„Współczesność” (Warszawa)
Nr 5 (109) / 1-15.03.1962 r.

„Całą pracę, która wydaje się nader niewdzięczna, wykona za państwa antykwariusz niniejszego podręcznika dla miłośników boskości. Antykwariusz będzie osobiście badał wszystkie dokumenty”… Oto pasjonująca oferta Jacka Bocheńskiego. I powód dla którego nie mogłem pomimo wszystkich niewątpliwych walorów „Boskiego Juliusza” spokojnie z tej oferty skorzystać, jest właśnie przyczyną mojego artykułu.

A więc po pierwsze – nie wierzę w boskość Cezara. A może ściślej w taką, jaką: proponuje antykwariusz – interpretację tej boskości. Wydaje mi się bowiem, że jest ona raczej wynikiem kompromisu, rezultatem ustępstw mądrego polityka, który nie mógł przypisać sobie tytułów godnych władzy, jaką właściwie już posiadał a jednocześnie nie mógł już zgodzić się tylko na stanowisko pierwszego pośród równych, w republikańskim senacie. Takie przekonanie stawia mnie od razu pośród zażartych przeciwników antykwariusza..

„Nad boskością zastanowił się dobrze. Boskość była sprawą trudniejszą niż królewskość. Niewątpliwie rozumiał, ze nikt nie osiąga boskości przez wydanie odpowiedniego dekretu. Można w ten sposób zostać królem, bogiem mimo wszystko nie”. Tak pisze antykwariusz. Ponieważ, jak już powiedziałem, studiowanie tych samych źródeł historycznych doprowadziło mnie do przekonania, iż w konkretnym wypadku Cezara atrybuty boskie były o wiele mniej warte od atrybutów władzy królewskiej, musiałem zastanowić się dlaczego dla, antykwariusza owa deifikacja ma tak szalone znaczenie. Dlaczego przypisuje jej tak wielką wagę? Dlaczego buduje właściwie cały swój .książkowy dowód na założeniu, że właśnie to było celem dążeń Juliusza Cezara i dlatego ów zrównoważony, pomimo wszystkich fanaberii i słabostek, polityk, dokonał czynów, o których wiemy z historii.

Otóż próbując zrozumieć co dla antykwariusza kryje się pod niejednoznacznym mimo pozorów terminem – bóg, skłonny jestem uważać, iż traktuje on po trosze boskość wedle tradycji nie tyle rzymskiej, co rzymsko-katolickiej. (Vide nasuwające się analogie pomiędzy Katonem a Chrystusem). To nie złośliwość. Powiadając Bóg, każdy z nas podświadomie uważa, iż znaczy to o wiele więcej niż Król, niż Imperator. Więcej nawet wtedy, kiedy mamy na uwadze tylko władzę ziemską.

Niestety w czasach Cezara wyglądało to trochę inaczej. Nie mówiąc już o tym, iż owa podstawowa, dla reprezentowanej przez antykwariusza koncepcji życiorysu Cezara – boskość Juliusza, była właściwie półboskością. Taką jak półbóstwo Heraklesa, Achillesa. I niestety, zwycięzca Gallów tak jak nie mógł w Rzymie posiadać niezależnie od woli ludu prawa królewskiego władania tak i nie był nawet pierwszym w długim szeregu bogów i herosów. A więc być może trochę próżności ale przede wszystkim konieczność stworzenia sobie stanowiska, które nie drażniąc uczuć przeciętnego Rzymianina, byłoby jednocześnie zaczątkiem przyszłej, nienależnej od łaski republiki – władzy. Kompromis, w wyniku którego ustępując przed zbyt jeszcze silnymi tradycjami, jednocześnie już się je podważało. A z jakim sprytem politycznym, można przekonać się studiując czasy spokojnej już władzy następcy Cezara, boskiego również Augusta.

Otóż w tym właśnie okresie tradycyjna rzeczpospolita rzymska przeżywała swój ostateczny kryzys. (Kryzys ten – jak powiadają historycy – zaczął się już dużo wcześniej, mniej więcej w czasach reform grakchańskich, kiedy to po raz pierwszy stało się widoczne, iż bez ograniczenia roli tego, powszechnie szanowanego wówczas ciała zbiorowego jakim jest senat, bez skupienia władzy w ręku jednostki, niemożliwym jest rozwiązanie wielu podstawowych problemów a przede wszystkim kwestii agrarnej). Historycy zauważają również, ze w miarę powiększania się wciąż na skutek podbojów terytorium rzymskiego, w miarę ujarzmiania różnych narodów – stara forma państwa – miasta i związanych z tą, tradycyjną już strukturą, form rządu – poczęła się przeżywać. Rzym stawał się imperium i Cezar między innymi dlatego osiągnął przynajmniej część upragnionej władzy, że niemożliwym już było sprawowanie rządów przez wysoki senat.

A jednak właśnie wtedy, w przededniu ostatecznego upadku znaczenia senatu, sformułowane zostały owe niepraktyczne już zasady rządzenia, na jakich opierała się rzymska res publica. Więcej, pomimo ich wyraźnej nieprzydatności, żadna z ówczesnych ubiegających się o władzę partii nie ośmieliła się ich zanegować. Nie zanegował ich również, jak pamiętamy z okazji odrzucenia przez niego królewskiej korony, nawet Cezar. A przynajmniej nie zanegował całkowicie. Ta, oparta na nieistniejących już formach państwowości, filozofia władzy była czynnikiem, z którym należało się bardzo poważnie liczyć. I to jak liczyć, można się znowu przekonać na przykładzie następcy Cezara – Auguście, któremu za same tylko deklaracje, za utrzymanie pozorów starego -systemu władzy społeczeństwo rzymskie darowało wszelkie rzezie i wywłaszczania.

Oto dlaczego cnoty Katona, były w wysokiej cenie. Oto dlaczego ten zagorzały konserwatysta był właśnie ze względu na ową personifikację starożytnych cnót uwielbiony bardziej nawet przez stronnictwa ludowe niż przez arystokrację. Dla arystokracji opierającej swoją filozofię republikańskiego państwa o twierdzenia Platona i Arystotelesa, cnoty reprezentowane przez Katona, podobnie zresztą jak się stało w wypadku jego duchowego poprzednika Katona Starszego, były nieco zbyt zgrzebne.

Arystokraci zresztą, jak wynika chociażby z zachowanych fragmentów cycerońskiego traktatu „De republica”, orientowali się już, że trzeba jakoś przeciwdziałać bezwładowi senatu. Stąd koncepcje lepszego pomiędzy równymi, który miał się szumnie zwać – rector ac gubernator civitatis. Sęk w tym, iż przewaga jego nad innymi miała polegać na nieokreślonym autorytecie.

Ciąg dalszy – część II

Ernest Bryll – „Bóg czy polityk (2)

Nie chciałbym powtarzając te wszystkie znane z opracowań i podręczników rzeczy, sprawiać wrażenia tępaka, co nie rozumie, iż literackie opracowanie problemu władzy Cezara musi odbiegać od historycznego wykładu. Jeśli bawię się w szkolarstwo, to tylko dlatego, iż wielokrotnie antykwariusz dokonując sugestywnej analizy cech swoich bohaterów prześlizguje się nad sprawami, które właśnie zadecydowały o tym, iż te czy inne cechy mogły się stać przyczyną słabości lub siły. Cezar jako dobry polityk musiał sobie zdawać sprawę ze skomplikowanych sytuacji, jakie mu przyszło rozwiązywać. Musiał, a przynajmniej musiał starać się, znać słabości, swych przeciwników. I to słabości przede wszystkim polityczne. Stąd, ponieważ. w zapiskach antykwariusza brak na ogół próby zarysowania dokładniejszego zawikłanej sytuacji, w jakiej dogorywała republika, a jednocześnie kształtowała się ostatecznie wspaniała pod względem propagandowym (może właśnie przez ową utopijność) teoria republikańskiej formy rządów, przyczyny takich czy innych decyzji Cezara i jego przeciwników nie mają dostatecznego uzasadnienia.

Jeśli rzeczywiście Cezar chciał zostać przede wszystkim bogiem, można oczywiście, postępowanie jego tłumaczyć świadomym irracjonalizmem i chęcią tworzenia zjawisk tajemniczych. Jeśli jednak myślimy o nim jako dobrym polityku, widzimy wyraźnie, że postępowanie takie jak z Gallami, nie przyniosłoby mu w wojnie domowej koniecznej popularności. Właśnie łagodność. Właśnie ciągle dążenie do zgody. Zgody, na którą nie mógł przystać Pompejusz. A jednocześnie nie przystając – osłabiał swoje pozycje. Jeśli już jesteśmy przy wojnie gallickiej, pozwolę sobie zakwestionować twierdzenia antykwariusza, że znowu ze względu na przyszłą boskość Cezar usprawiedliwiał się z dokonanych podbojów. To prawda iż „podboje w czasach przedchrześcijańskich nie wymagały właściwie usprawiedliwienia. Wystarczało własne męstwo”. Jeśli jednak przypomnimy sobie, jak niechętni byli ojcowie senatorowie wszelkim tendencjom do dalszego rozszerzania granic imperium, jak bali się i. nienawidzili każdego, kto mógł wyrosnąć na ukochanego wodza armii, jak ta armia właśnie z powodu coraz to doskonalszego systemu prowadzenia wojen zamieniała się z obywatelskiego ruszenia w wojsko zawodowe, pojmiemy sens tych może nawet niepotrzebnie ostrożnych usprawiedliwień.

Przykładów wynikających z fałszywej moim zdaniem koncepcji interpretowania wszystkiego – jako drogi do boskości, uproszczeń czy przemilczeń można by znaleźć mnóstwo. Rzecz w tym ostatecznie kogo się chce w Cezarze widzieć. Ja, jak powtarzam, widzę w nim świetnego polityka raczej niż demona. Polityka okrutnego, ale doskonale zdającego sobie sprawę z określonej przez słabości upadającej koncepcji władzy republikańskie j, swojej siły. Polityka wreszcie, który, się przeliczył. A może jeszcze – musiał się przeliczyć. Może musiał zginąć po to, aby przez krótki a dobitnie pokazujący bezpłodność działania Brutusa i towarzyszy okres, stworzyć podwaliny pod władzę Augusta i całej rzeszy imperatorów, aż po tych co już oficjalnie .obwołali się władcami absolutnymi i dziedzicznymi. Sądzę zresztą, iż dramatyzmu tych czasów przełomu, w jakich działał boski Juliusz, nie sposób zrozumieć bez dokładnej analizy wszystkich społecznych, politycznych i ekonomicznych przyczyn kryzysu tradycyjnej republiki miejskiej. Stanisław Grochowiak, recenzując „Boskiego Juliusza”, powiada przy okazji omawiania owego postulowanego przez antykwariusza boskiego irracjonalizmu w postępowaniu Cezara, .że, „odeszliśmy od tych czasów, kiedy ufano, iż wszystko bez reszty, a więc i historię da się wytłumaczyć na, zasadach racjonalizmu. Kiedy uważano, że dzieje to wielka machina pełna zębatych kółek, sprężynek i wystarczy jedynie poznać jej schemat aby wskazywała same szczęśliwe godziny”.

I ja jako żywo jestem przeciwko tak mechanistycznej filozofii. Jest w historii czasów cezariańskich wiele momentów, których, nie można zadowalająco choć w części wyjaśnić. Niemniej jednak to co można wyjaśnić, wyjaśnić było trzeba i nawet jeśli zapiski antykwariusza mają jak Plutarchowskie opowieści, pod pozorem mówienia o sprawach historii uświadamiać nam typowe konflikty naszego czasu, to i tak nie ma zgody. Nie można, już upraszczać jak Plutarch. Nie można analizować dążenia do boskości bez analizowania i pokazywania sposobów walki o władzę. A tu nie obejdzie się bez wskazania na wspomniane tu ekonomiczne, polityczne i społeczne przyczyny. Bez myślenia historycznego. Inaczej te wszystkie tak pięknie opisane perypetie Cyceronów, Katullusów, Katonów i Attykusów nie wiele nas i na dzisiaj nauczą. Polityka jest bowiem działaniem przy uwzględnieniu konkretnych sytuacji.

ERNEST BRYLL

Alicja Lisiecka – „Boski Cezar” (1)

„Nowa Kultura” (Warszawa)
Nr 50 (611) / 10.12.1961 r.

Książka Jacka Bocheńskiego mówi o miłości i polityce. Więcej o polityce – mniej o miłości. Więcej o intrygach, podbojach i cynicznych machinacjach Wielkiego Juliusza, o tym „co trzeba zrobić, żeby osiągnąć boskość” – mniej o „nadzwyczajnej” podróży z Kleopatrą, o miłosnych nocach „boga” przy Pierwszej Katarakcie.

„Antykwariusz” (tak nazwał się Jacek Bocheński) nie jest plotkarzem. Spisuje wprawdzie za ciekawskim Cyceronem kronikę alkowy Dyktatora. Ustala jednak przy tym „niebezpieczne związki” między uwiedzeniem Serwilii i walką Cezara z Katonem, między łóżkiem Postumii, Lolii, Tertulii czy Mucji – i szczeblami „boskiej” kariery Gajusza Juliusza.

Tak więc zlekceważywszy wiele odmian legendy Cezara, wśród których pierwsze miejsce zajmuje do dziś wersja o nosie Kleopatry – albo też ściślej: o nosach licznych „matek-Rzymianek” – wybrał Bocheński wariant najbardziej współczesny. brechtowsko – wilderowski. Upolitycznioną i filozoficzną historię dochodzenia Dyktatora do władzy.

Wprawdzie już Cezar Ferrero’a, wczesnodwudziestowiecznego dziejopisa legendy Boskiego Juliusza, był nosicielem wielkich planów politycznych, wodzem, który, jak po nim Antoniusz, chciał Egiptu – nie Kleopatry, rzymskiego protektoratu w dolinie Nilu – nie „miłości przerwanej dopiero przez śmierć”. Wyliczmy jednak dalej. Jeśli nawet Ferrero sądził, że dzieje egipskiej królowej były tylko epizodem trwającej przez kilka stuleci walki między Wschodem i Zachodem – to np. Mommsen próbował napisać historyczną dramę, pełną realizmu i poezji, przepojoną osobistym stylem i przeżyciami, wyzwoloną z suchego empiryzmu kronikę namiętności i konfliktów starożytnego świata.

W przeciwieństwie do nich Buckle wraz z całą „naturalistyczną” szkołą historyków usiłował zredukować samobójstwo Katona do rzędu taktu statystycznego – lekceważąc symboliczny sens tego gestu: protest republikanina przeciwko dyktaturze.

Ciągły proces historycznej interpretacji i reinterpretacji czynów Wielkiego Juliusza uwieczniony został w znakomitej książce F. Gundolfa – nie tyle o Cezarze, człowieku i władcy, ile o różnych koncepcjach jego charakteru, misji politycznej, dzieła. Równie bogata, choć nie odnotowana w oddzielnej monografii, była literatura o Cezarze, był Cezar „literacki”.

Cezar literacki – to Cezar Szekspira i Cezar tragedii pseudoklasycznej w Polsce. To Cezar współczesnych: Brechta i Wildera.

Szekspira – tragiczny i wielki, jak tragiczny i monumentalny jest Rzym w „Koriolanie” Brechta – liczący pieniądze, wspierany przez rzymską City, bardziej płaski niż bohater moralistycznych anegdot Plutarcha.

I wreszcie Cezar Wildera – najbliższy Bocheńskiemu, owiany sentymentalną mgiełką, bardziej prywatny, odbrązowiony… Cezar Wildera kocha i nienawidzi, popełnia drobne świństwa i tchórzy. Jest na przemian łajdakiem i. bohaterem, bogiem i prymitywnym szczęściarzem. Cezar Bocheńskiego to wielki współczesny menażer cynicznie rozgrywający partię szachów o losy państwa rzymskiego. Tyleż dyktator, co dyplomata, tyleż wódz i żołnierz, co przebiegły taktyk. W toku opowieści Bocheńskiego zmienia się z żołnierza w dyplomatę, z dyplomaty w tyrana. Jest kolejno człowiekiem, który lekceważy bogów i bogiem, który lekceważy ludzi. Jego działanie – to stawka na „czystą taktykę”, jego ideologia – to brak ideologii. Tajemnicą jego sukcesów politycznych jest pragmatyzm posunięć i demokratyczny frazes.

Bocheński drapieżnie i bezlitośnie obnaża mechanizmy starożytnej dyktatury, charakteryzuje siły społeczne, które wzniosły ją na swych ramionach, warunki w których bóg mógł zostać bogiem, a „republikanin” – tyranem. Ironia Antykwariusza kryje, wydawałoby się, totalną negację i potępienie, niweczy legendę, zrzuca bóstwo z piedestału.

Rozsądźmy: kto tu jest bardziej śmieszny – może pocieszny Katullus, który „wprowadził miary liryki eolskiej do poezji rzymskiej”, rogacz, wywiedziony w pole przez Cezara?

Może oportunista Cycero, który musiał w końcu ukorzyć się i przesłać Dyktatorowi hołd na piśmie? A może tkwiący całymi dniami na mównicy Kato, znany z bosych spacerów po rynku, pozbawiony poczucia humoru tępawy uparciuch bez polotu i talentu?

Kto wydaje się bardziej śmieszny? Jeśli Cezar jest piękny i demoniczny, ale „liryk-obsesjonat” Katullus każe wyliczać mu się z finansowych szacherek?

Kato jest tępawy i zostaje „zdjęty” przez liktora z „ambony”, na której prawi idiotyczne kazania o kanalizacji. Rozkaz wydał bóg – Gajusz Juliusz, ale Kato jest bohaterem, a bóg – Gajusz Juliusz małym spryciarzem. Bóg-Cezar zadrwił z historii i z Katona, ale Katon zwyciężył Cezara. Po śmierci stał się przedmiotem czci, która zrównoważyła irracjonalny kult osoby jego przeciwnika, stal się na długie wieki symbolem cnoty republikańskiej i niezłomności, sztandarem walki o wolność.

Deheroizacja boga-Cezara postępuje w książce Bocheńskiego jednak dalej. Jakiż to świat pokazał nam w końcu autor „Boskiego Juliusza”?

Ojciec Ojczyzny, wywindowany przez lud obrońca praw ludu – to intrygant polityczny i cyniczny karierowicz. Wielki kochanek Kleopatry – to wliczający kolejne flirty do rachub polityki „łysy kurwiarz”, o którym wojsko śpiewa sprośne piosenki. Matki Rzymianki – to zwykłe zalotnice. Wojsko – to tłum omamiony przez Dyktatora, pchany naprzód żądzą złota. „Sumienie ludzkości” – pisarze, jedyni bodaj czynnie walczący przeciw cezaryzmowi – to trzęsący się o swoje wille złośliwcy, którzy w końcu chętnie rezygnują z nonkonformistycznej złośliwości na rzecz spokoju i laski pańskiej.

Ciąg dalszy – część II

Alicja Lisiecka – „Boski Cezar” (2)

A przecież jednak:

Fakt pierwszy: Cezar był bogiem. „Nie każda dusza staje się natychmiast po śmierci człowieka kometą w przekonaniu ludu i świeci przez siedem dni bez przerwy. Astronomia ludowa nie dopuszcza takich rzeczy bez powodu”…

Fakt drugi: Uroda. „Podobno Cezar był piękny” (mimo łysiny).

Fakt trzeci: Kleopatra. Kochał ją jednak niewątpliwie i niezależnie od kpiarskiego tonu – Antykwariusz kapituluje przed podróżą do Pierwszej Katarakty.

Obalenie mitu nie przeszkadza więc pełnemu zrozumienia stosunkowi kronikarza do bohatera. Intronizacja Katona nie dokonała się kosztem Cezara. Cezar pozostaje ludzki w swojej małości i wielkości, przekonujący w namiętnym pragnieniu władzy, sympatyczny w słabostkach i kaprysach, godny podziwu w genialnych posunięciach.

Cezar jest współczesny. Jest nie tylko elementem konstruowanego przez kronikarza na zimno i spekulatywnie procesu historycznego. Bocheński czuje historię. Dostrzega jej dialektyczne prawa i nowocześnie, po marksistowsku, interpretuje jej konieczności. Jego historiozofia jest skrajnie odmienna od historiozofii Kotta, autora książki o Szekspirze. Świat nie ginie w chaosie i zamęcie – świat wyzwala się z okrutnych mechanizmów. Wielcy odchodzą, ale świat nie staje się przez to płaski. Cezara zwycięża nie ślepy trat, ale sama historia. Godność i miłość nie dadzą pogodzić się z walką o władzę – ale walka o władzę nie jest materią historii.

Ziemia i niebo nie muszą się zapaść, żeby zwyciężyła godność i miłość. Pełne koszmaru i zbrodni są tylko dzieje wielkich dyktatorów, jest historia „monumentalna”. Ale dyktatorzy przegrywają nie tylko w walce z ludem – przegrywają także w świadomości historycznej swojej epoki i następnych pokoleń.

I jeszcze jedno. Dzieje Boskiego Juliusza w książce Bocheńskiego stanowią przykład „tej aktualnej, empirycznej rekonstrukcji, do której historia dodaje rekonstrukcję symboliczną”. Ernst Cassirer polemizując w swoim znakomitym „Essay on Man” z naturalistyczną szkołą historii Taine’a i Lamprechta stwierdził, że nawet oni nie uważali dokumentów historycznych za proste „fakty fizyczne”. Te stare teksty – mówi Cassirer – powinny być czytane jako symbole. Symbole postaw i procesów społecznych. Symbole historii. Historia empiryczna jest bowiem również historią alegoryczną.

Znakomity Cassirer zrozumiał, że recepcją mitu rządzą współczesne wydarzenia i idee. Postać Sokratesa uzyskała, podobnie jak postać Cezara, tysiąc interpretacji na przestrzeni wieków: od ultrakatolickich – do egzystencjalistycznych. Ale znakomity Cassirer przeliczył się z aktualną przydatnością historycznej symboliki. Uległ XVII i XVIII- wiecznym przekonaniom, że historia się powtarza, że zatem nauki wyciągane z przeszłości są użyteczne w tysiąc lat później. Bocheński wyprowadza go z błędu. Nie próbuje formułować jeszcze raz tezy Vico o cyklicznym rozwoju dziejów. Polemizuje z tą tezą. Każda epoka rządzi się własnymi, odrębnymi prawami. Jeden dyktator nie jest podobny do drugiego. Dlatego ani Boski Juliusz, ani Kleopatra, ani Katon, ani Cycero nie występują tu we współczesnych kostiumach. Szukałby na próżno ten, kto chciałby znaleźć analogię między podbojami Cezara, a np. współczesnym kolonializmem. Podobieństwa nasuwają się wprawdzie, są jednak powierzchowne. Nasza epoka nie została bowiem przybrana przez Bocheńskiego, jak za czasów Davida i Talmy, w antyczne stroje. Boski Juliusz nie jest pretensjonalną graciarnią akcesoriów rzymskich, które zaśmiecały niegdyś sypialnie i salony osiemnastowiecznych sawantek.

Proza Bocheńskiego, czysta i piękna, nie sili się ani na barok metaforyczny, ani na butorowskie tasiemce. Odrobinę przypomina czasem Wildera, to prawda. Choćby konstrukcja książki oparta na różnych zasadach narracji (zależnie od źródeł, z których korzysta autor, pamiętniki samego Cezara, relacja Plutarcha itd.). Nie ma tu jednak ani odrobiny owej „mythologie galante” występującej w wielu podobnych ,,powieściach”. Nie ma też nieznośnego patosu rodem zarówno z tragedii Woltera, jak i z podniosłych nastrojów poezji parnasistowskiej.

„Różnicę między ludźmi czynią same cnoty” – konkludował w 1817 roku Aleksander Chodkiewicz, autor „Katona” – tragedii w pięciu aktach.

To było jeszcze oświeceniowe credo filozoficzne.

W poemacie Heredii o Antoniuszu i Kleopatrze, obok egipskiej królowej pojawiają się późnoromantyczne alegorie: Pragnienie i Śmierć. Bohaterowie poematu uwikłani są w rzeczy ostateczne i we własną psychologię.

Poza Szekspirem nikt nie interesował się więc w legendzie Juliusza historią. Wszyscy zajmowali się samą legendą. Ze współczesnych tylko Bertolt Brecht pokazał rewizjonistycznie życie wielkiego Juliusza, jako karierę arystokraty ciułającego pieniądze i jako wynik gry sił społecznych w imperium rzymskim.

Wolę jednak Bocheńskiego od – nie najlepszej zresztą tym razem – książki Brechta. „Boski Juliusz” jest głęboki bez romantycznej „głębinowości”. Jest współczesny i demaskatorski bez płaskich i jednoznacznych odniesień. To jedna z najlepszych książek polskich 1961 roku.

ALICJA LISIECKA

G. Ferrero: Characters anrt Everts of Roman History from Caesar to Nero, New York 1909.

Stanisław Barańczak – „Oczy Lizawiety Prokofiewny” (1)

Podejmuję próbę opisania w jednym szkicu pięciu książek, których na pozór nic z sobą nie łączy. Jacka Bocheńskiego „Nazo Poeta”; Artura Międzyrzeckiego „Złota Papuga”; Mirona Białoszewskiego „Pamiętnik z Powstania Warszawskiego”; Witolda Wirpszy „Wagary”, Leopolda Buczkowskiego „Uroda na czasie”: trudno byłoby zostawić towarzystwo bardziej niedobrane. Przynajmniej w kwestiach powieściowej poetyki. Na dobrą sprawo nawet przynależność do gatunku powieściowego nie daje się przyjąć jako podstawowa cecha wspólna tych książek: wyrozumiali krytycy przeszwarcują, być może, przez pilnie strzeżoną granicę gatunku utwory takie, jak balansujący na krawędzi eseju historycznego „Nazo Poeta” czy niby-autentyk Białoszewskiego, ale ,,Uroda na czasie”? O nie! Co więc pozwala wymieniać te pięć tytułów jednym tchem?

No cóż, przede wszystkim jedno: rok wydania. Wszystkie ukazały się w roku 1970 (Książka Bocheńskiego oddana została do druku w roku 1969, ale do rąk czytelników dostała się już w 1970). Rzecz jasna: rok wydania to kryterium raczej wątłe i zwłaszcza dzisiaj nie pozwalające na historycznoliterackie uogólnienia. Wiadomo, że w naszych warunkach wydawniczych ukazanie się dzieła w tym a tym roku jest kwestią przypadku i pomyślnego (lub niepomyślnego) zbiegu zewnętrznych okoliczności. Toteż mówiąc o jednakowej dacie w stopce każdej z pięciu książek, mam na myśli problem inny. Pod koniec roku 1970, jak co roku zresztą, rozmaite pisma ogłaszały ustalone przez siebie listy najlepszych w owym roku książek lub rozpisywały w tym celu ankiety wśród krytyków. Otóż dla mnie osobiście było rzeczą głęboko pouczającą śledzenie, jak mój prywatny gust zdumiewająco rozmija się z wyrażanymi przez owe pisma opiniami: z pięciu wymienionych książek, z których każdą przy zachowaniu całej ostrożności zaliczyłbym co najmniej do rzędu wybitnych wydarzeń w prozie polskiej roku ubiegłego (oczywiście w rzędzie wydarzeń należałoby postawić również parę innych tytułów, przede wszystkim opublikowane w roku 1970 powieści Parnickiego), na listach „najlepszych” i w odpowiedziach ankietowych nie znalazła się ani jedna. Przepraszam, jedna tylko: „Pamiętnik” Białoszewskiego. Ale jest to wyjątek potwierdzający regułę; gdyż książka ta premiowana była tego rodzaju wyróżnieniami nie z uwagi na to, co jest w niej nowatorskie i jej tylko właściwe, ale z uwagi po prostu na temat.

Byłaby to więc pierwsza cecha, która pozwala mówić wspólnie o owych pięciu książkach: przez uosobioną w krytykach i redakcjach opinię publiczną nie zostały one uznane za „wydarzenia” (przynajmniej wydarzenia literackie). Sprawa wygląda o tyle interesująco, że recenzje pisane tuż po ukazaniu się książek były na ogół pozytywne, w paru wypadkach nawet entuzjastyczne (wyłączam w tej chwili „Urodę na czasie”, gdyż rzecz ta ukazała się stosunkowo najpóźniej: w chwili, gdy piszę te słowa, głowią się zapewne nad nią zgnębieni recenzenci…). Widocznie jednak nie wystarczy dobre przyjęcie książki przez paru zwolenników, aby stała się „wydarzeniem” w oczach szerszej opinii. Trzeba czegoś więcej. Książka pisana po to, aby być „wydarzeniem” (bo są takie, podobnie, jak istnieją filmy robione „na festiwal”), musi precyzyjnie oscylować między nowością a konwencją, musi być w tej samej mierze łatwa do przełknięcia i strawienia, co zwracająca uwagę odmiennością od powszedniej literackiej szarzyzny. Inaczej mówiąc, musi wybijać się ponad przeciętność, ale czynić to w taki sposób, aby właśnie przeciętny odbiorca był w stanie ten fakt docenić.

Tymczasem pięć książek, o których tu mowa, spełnia jedynie pierwszy z wymienionych warunków. Są to utwory z pewnością wybijające się ponad przeciętność, nie tylko pod względem literackiego poziomu, ale przede wszystkim w sensie nowatorstwa, wykroczenia poza konwencje „normalnej”, tradycyjnej prozy „realistycznej”, która wciąż jeszcze pozostaje dla polskiej powieści współczesnej zasadniczą instancją odniesienia (i zresztą, wbrew pozorom, najczęściej obieranym przez pisarza wzorcem). We wszystkich pięciu wypadkach jednak zjawisko wykroczenia poza te konwencje realizuje się w sposób, którego rozumienie i właściwa ocena przerasta możliwości interpretacyjne i aparat wartościowania przeciętnego recenzenta-sprawozdawcy – jednego z tych, dla których wciąż jeszcze podstawowym zabiegiem analitycznym pozostaje streszczenie utworu. Tutaj bowiem ani streszczenie, ani wydobycie z książki jej rzekomej „problematyki” (drugi podstawowy zabieg) nie na wiele się przydadzą. Dlaczego? Powodów jest sporo. Przede wszystkim: niektóre z wymienionych książek (choć nie wszystkie) rezygnują z pewnych podstawowych elementów kompozycji powieściowej, które w powieści tradycyjnej organizują jej materiał w łatwo rozpoznawalne zespoły znaczeń. Wskutek tej świadomej rezygnacji utwór w krańcowych przypadkach zbliża się ku granicy nieczytelności. Myślę tu przede wszystkim o „Urodzie na czasie” Buczkowskiego, książce, która odrzuca niemalże wszystko: fabułę, narratora, bohaterów, czas powieściowy… (jeśli te czynniki organizacji dają tu znać o sobie na przestrzeni krótkich odcinków tekstu, to w stopniu niewystarczającym, aby można je było uznać za kluczowe dla kompozycji całości).

Ale przecież nie każda z naszych pięciu książek posuwa się do takich skrajności, jak „Uroda na czasie”, Pod względem „czytelności” w tradycyjnym rozumieniu tego słowa taka np. książka Bocheńskiego stoi wręcz na przeciwnym biegunie: jest klarowna, precyzyjnie skomponowana, ma swoich bohaterów, narratora (i to o bardzo wyraziście zarysowanej sylwetce), intrygującą fabułę… Szukajmy więc dalej. Musi znaleźć się coś, co pod pewnym względem upodabnia te książki do siebie i jest powodem ich jednakowego przyjęcia, a zarazem dałoby się określić jako wspólny klucz interpretacyjny do ich – tak różnych przecież – poetyk.

Otóż wydaje mi się, że nie sposób czytać ze zrozumieniem żadnego z interesujących nas tu utworów, jeśli nie weźmie się pod uwagę, że wszystkie one mówią nam o rzeczywistości nie „własnymi- słowami”, lecz za pośrednictwem – żeby użyć znanego pojęcia Bachtina – „cudzego słowa”. Mówiąc ściślej, każdy z tych utworów ma, jako całościowa wypowiedź, charakter s t y l i z a c j i: aby zakomunikować nam pewne fakty i sądy, posługuje się środkami stylistycznymi i kompozycyjnymi nawiązującymi wyraźnie do pewnej ustabilizowanej, łatwo rozpoznawalnej i powszechnie znanej konwencjonalnej formy wypowiedzi (zarówno literackiej, jak i „użytkowej”). Powiedzmy od razu: „Nazo Poeta” to stylizacja na monolog k o n f e r a n s j e r s k i; „Złota Papuga” to stylizacja na h a g i o g r a f i ę; utwór Białoszewskiego, jak to za chwilę postaram się opisać dokładniej, odwołuje się jednocześnie do konwencji p a m i ę t n i k a i d z i e n n i k a; „Wagary” nawiązują do wzorca p o w i e ś c i k r y m i n a l n e j; wreszcie „Uroda na czasie” jest stylizacją na tzw. „r o z m ó w k i” obcojęzyczne. Wymieniam tu wzorce stylizacyjne, które w danych utworach dominują; wewnątrz nich jak gdyby pojawiają się dodatkowe wzorce podrzędne, o czym za moment powiem ze szczegółami.

Tymczasem jednak — po kolei.