PŁEĆ

 

 

 

Ogólnie biorąc, tradycja zwana małżeństwo radzi sobie jako tako z aktywnością zawodową i dążeniem do wciąż nieosiągalnego równouprawnienia ekonomicznego kobiet. Ich rewolucja trwa od dziewiętnastego wieku. Zmieniła w pewnym zakresie układy społeczne, obyczajowe i polityczno-prawne krajów Zachodu (zrazu dostęp do uniwersytetów, potem sufrażystki i tak dalej). Jednak nie wstrząsnęła posadami świata.

 

Są dwa główne powody.

 

Przede wszystkim rewolucja ta, raczej ewolucja, miała w istocie zasięg regionalny, bo do rozległych obszarów globu nigdy nie dotarła. Po drugie, nawet tam, gdzie dotarła, pociągnęła tylko część stosunkowo lepiej sytuowanych kobiet z wyższymi aspiracjami. Dla większości nie była ofertą jasną ani szczególnie zachęcającą. Dotyczyła siłą rzeczy elit. Żeby się o niej sto lat temu w ogóle dowiedzieć, trzeba było czytać gazety i jeszcze wybrać odpowiednie. Do dziś feminizm ze swym doktrynalnym językiem gender wymaga od zainteresowanych osób pewnego umysłowego przygotowania . Rewolucje tworzą swoje teorie w specjalistycznych językach, ale wybuchają pod wpływem innych, zawsze prostych bodźców.  

 

Dotychczas więc feminizm nie wstrząsnął posadami świata. Teraz jednak nie odmówiłbym szansy na to ruchowi Me Too.  Spełnia on wszystkie konieczne warunki atrakcyjności i prostoty, których feminizmowi dotąd brakowało. Obywa się bez trudnych wywodów antropologicznych, sztucznej lingwistyki poprawnościowej i abstrakcyjnych statystyk. Pobudza emocję w najczulszym i najintymniejszym punkcie wrażliwości ludzkiej, mianowicie w polu doznań seksualnych. Apeluje do wszystkich kobiet na świecie w sposób zrozumiały dla każdej, proponując  każdej osobiście życiowo zadośćuczynienie, niezależnie od jej statusu społecznego, cech fizycznych, kultury, wieku oraz miejsca i  momentu doznanej krzywdy. 

 

Poczucie molestowania przez mężczyznę może każda odtworzyć w pamięci, a może je też wręcz stworzyć w podnieconej wyobraźni, co wcale nie musi być aktem oszukańczym, wyrachowanym i  perfidnym. Łatwość psychologiczna takiego aktu samego przez się, podobnie jak z drugiej strony olbrzymia trudność wyjawienia rzeczy przez ofiarę, związana z koniecznością przełamania traumy, bierze się stąd, że pojęcie sexual harrassment jest niezmiernie pojemne. W tym worku mieszczą się zbrodnie i bestialstwa, wymuszenia i szantaże, a zarazem głupawe zaczepki, żarty i przekomarzanki. Byłe przyjemności i zabawy mogą z perspektywy czasu i Me Too  nabierać odrażających znaczeń.       

 

Mężczyzna staje się uniwersalnym prześladowcą kobiet, którego one spektakularnie pokonują. Każda jest w tym równa każdej. Nie ma różnicy między celebrytką z milionami odsłon w Internecie i szarą myszką z kasy w supermarkecie. She too.

 

To jest rewolucja. Do takiego ruchu warto przystać dla tej jednej chwili zadośćuczynienia za los płci. Ruch jest, oczywiście, antysystemowy, spontaniczny, momentalny i porywający, jak wszystkie najnowsze ruchy. Nie będzie tworzył struktur, bo nie ufa niczemu stałemu. Ale z  faktu istnienia dwóch płci wyciąga głębokie wnioski.

 

Feminizm w swojej interpretacji świata zamienił już dawno walkę klasową marksistów na płciową. Fronty są ustawione: kobiety przeciw mężczyznom. Jednak Me Too dodaje do ich konfrontacji coś nowego.  Sięga po raz pierwszy w głąb przeżyciową człowieka,  i to nie tylko kobiety. Również mężczyzny. Me Too nadaje  ich zderzeniu aspekt moralny. Nie chodzi o pieniądze, stanowiska i przepisy. Pojawia się problem winy, odpowiedzialności, osądu i kary nie tyle w znaczeniu prawnym, ile etycznym. Także mężczyźni mają co przeżyć. Powiedziałbym, że wobec współczesnego (i zapewne przyszłego) zlaicyzowanego świata sprawa Me Too nabiera wymiaru quasi religijnego. Jest w niej element objawienia. Jest  obietnica zbawienia dla kobiet, jest też jakby możliwość pokuty i odkupienia dla mężczyzn.

 

To prawda, że ta dwudziestopierwszowieczna dobra nowina nie zmieni raczej położenia muzułmanek, ale może dzięki Internetowi i telefonii komórkowej dowiedzą się dziś o niej chociaż niektóre, inaczej niż w czasach klasycznego feminizmu.  

   

Me Too może wstrząsnąć posadami świata.

 

ŻYCZENIE

 

Opcja siódma dla Justyny, banalna. A więc, jak już wiemy, poważna. Być może, jedyna, która zaważy i przeważy. Niech tak będzie. Duchu Bieluchu, dotrzymaj tej jednej umowy. Leć do Justyny i przekaż moje życzenie. Ono jedno ma się spełnić. Mam do takiego jednego życzenia prawo, a życzenie jest – to nie ulega wątpliwości – moje, choć nie dotyczy mnie. Nie jest z mojego romansu. Jeśli z romansu, to z jakiegoś innego.

 

Niech Justyna wyjdzie za mąż.

 

I nie zwlekaj z tym, dobry Duchu Bieluchu, załatw sprawę, jeśli łaska, szybko, bo czas też ma tu znaczenie. Niech koleżanki za plecami nie liczą lat i nie szepczą, że może być za późno. Niech szczęśliwa Justyna gotuje w małżeństwie obiady.

 

Życzenie mogło  być tylko jedno, limit zatem  został wyczerpany. Żeby polecenie było absolutnie jasne, powtarzam ci, Duchu Bieluchu: Justyna ma wyjść za mąż. To jest priorytet. Koniec.   

 

Niezależnie od  kompetencji magicznych Ducha Bielucha dodałbym dla spokoju feministek jeszcze jedno życzenie bezpośrednio od siebie: niech małżeństwo nie przeszkodzi pracom akademickim, twórczym, antykowi i może doktoratowi, o którym kiedyś była mowa.   

SŁODYCZE

 

 

Rządzący w Polsce Prezes zmienił sobie premiera. Bliżej nie wiadomo, po co to nagle zrobił, sprawa jest nieco tajemnicza, ale sądząc z esposé, wygłoszonego niemal w biegu przez nominata na nowego szefa rządu, Prezes mu powiedział, że potrzeba jeszcze więcej marchewki. Niech bierze, skąd chce, byle jej  raz po raz dosypywał. I tak aż do wyborów. Bo sama naprawa ordynacji wyborczej gotowa  nie wystarczyć. A tę marchewkę może sobie miły premier jeszcze pocukrzyć, jeśli wie jak. Jest zwolniony z obowiązku arogancji. Może być grzeczny.

 

Kij wisi już nad krajem. Sądy są jako tako załatwione. Kij się niby nagiął, ale potem odgiął. Nagiął się prezydent.    

OŚCIEŃ

 

 

 

Właśnie, banał!  A czy nie zacząłem od tego, że banał trzeba docenić? Czy tak jakoś nie powiedziałem? Czarno na białym jest to zapisane drukiem i w cyberprzestrzeni. Tak  zadeklarowałem na początku tworzącej się tu Trylogii Internetowej, gdy jeszcze nie wiedziałem, że powstanie coś więcej niż „Blog” i że w części drugiej pojawi się Justyna, a w trzeciej nie wiadomo na razie co.

 

Nie będziesz przeciw banałowi wierzgał, ośle. Banał będzie ci ościeniem. Takie przykazanie ukułem sam sobie.

 

I oto są konsekwencje. Nie ma się czego wypierać ani wstydzić. Banał to potęga. Jest jak powszechne prawo ciążenia. Jest tym, co przeważy wszędzie i we wszystkim. W życiu osobistym i publicznym, w rodzinie i religii, w polityce i kulturze. Może jest po prostu samym przeważaniem. I po tym poznajemy, że to on, banał. Bo nie jest poszczególnymi rzeczami, lecz ilością i zarazem jakością rzeczy.

 

Nie jest też zjawiskiem, które teraz dopiero zapanowało. Istniał zawsze, w pierwotnych kulturach plemiennych, w średniowieczu, istniał jako zawód miłosny poetów romantycznych w ich epoce, istnieje, oczywiście, we współczesnej cywilizacji cyfrowej jako olbrzym, instancja decydująca, głupiec i szatan jednocześnie. Będzie istniał, obawiam się, w przyszłości, będzie rządził i stawiał na swoim z coraz większą oczywistością. Bo chce go większość ludzi, skądinąd wyzwalających się niewątpliwie ze skrępowań ustrojowych, hierarchicznych, kulturalnych czy tak zwanych kulturowych, klasowych, pochodzeniowych i płciowych, łącznie z tą częścią masy ludzkiej, która wcale nie chce się wyzwalać, bądź co bądź nie od wszystkiego. Ale już jest dopuszczona do głosu czyli decyzji i ogólnie przeważa.  Z banałem czuje się najlepiej, swojsko, „normalnie”. Tylko mniejszość rwie się do jeszcze jakichś niepojętych, odrażających wręcz dla reszty innowacji i wolności.  Jednak  ta mniejszość, raczej te mniejszości wszelkiego rodzaju to w odczuciu tamtych „nienormalni”. A właściwie świat w ich odczuciu stał się nienormalny, oszalał albo zachorował, cały w nieustannych podrygach, jakby doznał ataku epilepsji. Zamiast solidności przypisanej raz na zawsze światu – szok za szokiem, osobliwość goni osobliwość, nowinka nowinkę, a jedna dziwaczniejsza od drugiej. I wszystko aż furczy, tak dużo tego naraz.  Człowiek w takim roztrzęsionym świecie traci grunt pod nogami. Jest przestraszony. Człowiek ma tych wstrząsów, tego natłoku niesamowitości i tego ich tempa dość.  Następuje reakcja, cokolwiek ten termin znaczy w sensie historyczno-społecznym. Człowiek nie wytrzymuje i tyle. Potrzebuje bezpiecznego schronienia. Ma do dyspozycji banał. W nim odpocznie.   

 

Kwintesencja banału w Polsce: niedzielny obiad rodzinny.  Już po powrocie z kościoła. Zupa. Teściowie. W głowach pieniądze. Zupa z wazy. Chochla nad talerzem. Tylko bez polityki, bo się zacznie piekło. I jeszcze zupa nakapie na obrus!

 

Chciałoby się stać porządnie na nogach i chochlą nalewać zupy teściom-nie-teściom. Wszystko lepsze od miotania się na przykład w multitaskingu, gdy grunt i czas uciekają spod stóp, a pozostają tylko zmęczenie i samotność. Polka nie jest feministką (na ogół, oczywiście, nie jest). Polka chce gotować ten obiad.  Polakowi swojemu jakiemuś. I wcale nie żąda, żeby on gotował. Ale Polka weźmie z kuchni rondel, weźmie tłuczek i wyjdzie na ulicę protestować, gdy się jej zabierze środki antykoncepcyjne i gdy się ją faktycznie spróbuje zmusić, żeby urodziła dziecko, którego ona urodzić nie chce. Wtedy wyjdzie. Jednak nie dlatego, że ją feministki nauczą formuły „mam prawo do swojego ciała”, choć może wyuczona tak powie. W istocie, choć tego nie powie, walnie tłuczkiem w rondel, dotknięta boleśnie i ogarnięta złością z innego powodu. Banalnego. Z powodu Polaka, któremu z miłości gotowałaby obiad, gdy tymczasem on oszukał ją i zdradził z inną Polką. A jest może  ojcem tego dziecka, którego ona nie chce urodzić. 

 

Tak spełnia się banał. Tak banalnie kształtują się nie tylko w Polsce prawdziwe losy jednostek, par oraz rodzin, także krajów, być może świata i przyszłości. Zwycięża banał.

 

Domysł, że niepowodzenia erotyczno-seksualne mogą być motywacją buntu politycznego, nie wynika z „męskiego” przeświadczenia o  rzekomej niższości czy infantylizmie kobiet w porównaniu z mężczyznami. Z podobnych, skrytych lub nieuświadomionych motywów działa, można podejrzewać, równie wielu mężczyzn. O swoich frustracjach i poczuciu krzywdy erotycznej też nigdy nie powiedzą. A warto byłoby znać odpowiedź na ważne pytanie, czy przypadkiem nie wskutek bezradności i  poszkodowania w sferze miłosnej, wywołanego między innymi nową rolą kobiet we współczesnej cywilizacji Zachodu, przystępuje ten i ów do rewolucji lub kontrrewolucji. Czy nie dlatego zostaje kibolem odpalającym race i ciskającym petardy na stadionach piłkarskich?  A patriotą odpalającym takie same race, ciskającym petardy, maszerującym w pochodzie narodowców i faszystów? Czy nie ktoś tak upośledzony chce koniecznie pobić się z policją pod każdą szerokością geograficzną,  gdziekolwiek są policje? Ale niekiedy strzela do przypadkowych przechodniów. Wbija nóż w szyję nieznajomej kobiety. Rodzi się w Europie,  studiuje w europejskiej uczelni, nagle jedzie na Bliski Wschód, by zasilić szeregi dżihadystów  i wraca do Europy jako dyspozycyjny terrorysta państwa islamskiego. Czy nie z intymnej przyczyny to robi, jemu tylko znanej albo i jemu niezupełnie? Banalną tajemnicę  zabiera z sobą do grobu.

 

Nie będziesz przeciw banałowi wierzgał, powtarzam sobie. Musisz uznać, że oścień jest, jaki jest.

 

Otóż tępy. Niech cię nie dziwi to odkrycie.

 

Oścień tępy? Właśnie. Musisz zrozumieć, ośle jeden polski, że cię dźga tępota, nie kolec. Tępotę przede wszystkim musisz rozpoznać i zrozumieć tę jej miękkość,  mdłość i gąbczastość, która ciebie kłuje. Rzeczywiście kłuje. Dlaczego tak jest? Dlaczego  większość znosi to napieranie ościenia, jakby nie czuła, nawet zadowolona, choć świat ugina się pod ciężarem banału i rzeczywiście trzeszczy w posadach

 

Co to jest?

 

Nikt nie wie. Ten i ów coś wymyśla i niby coś wiedząc mędrkuje, jak ty, ośle, ale w istocie nie wie. A ty nie będziesz przeciw ościeniowi  po oślemu wierzgał, skoro banał  każde wierzgniecie dzięki swej gąbczastości jakoś tak bez uszczerbku dla siebie wsysa i pochłania. Ale nie dasz się banałowi przecież, jak osioł, poganiać i zapędzać, gdzie on chce, dlatego tylko, że banał przeważa. O, nie! To się po tobie nie pokaże. Masz raczej prometejską ambicję: pokazać innym osłom,  że można w sposób nieośli odnieść się do ościenia. To co, że banał przeważa? To przybierz stan nieważkości i nie będzie przeważał! Już nie umiesz? Kiedyś wbrew prawom fizyki umiałeś.           

 

Cóż więc masz zrobić, ośle jeden prometejski?  To znaczy, przepraszam, co ja mam zrobić?

 

A może być kobietą ? Chwycić  rondel? Rzeczywiście! Jest intymny powód, żebym chwycił. Romans mi się nie udał. Każdy widzi i ja nareszcie zrozumiałem, że się nie udał. No to idę do kuchni po rondel i tłuczek.

 

Ach, te moje stare, peerelowskie garnki, zachowane w głębi szafek kuchennych, blaszane, emaliowane, w kolorach wyblakłych. Moi weterani, moi smutni kombatanci po przejściach.  Ze śladami  dawnych przypaleń. Z odpryskami. Z wyżartymi przez korozję ranami w czarnym metalu, bardzo cienkim w tych miejscach, bliskim przetarcia na wylot. Sterane biedaki. Zepchnięte w  kąt i zapomniane. Milczą, bo … ech, szkoda gadać. Ale już brzęczą, gdy po nie sięgam, już się o siebie obtłukują, gotowe zabębnić, zadudnić. I prosto, jak stoją, mogą do ognia. Nic nie wiedzą o szkłach żaroodpornych, teflonach ani podwójnych dnach, niemiłosiernie poobijane, odbarwione,  osmalone, poczerniałe staruchy. Mają być werblami w Internecie? A nieforemne to , nieporęczne, za duże. I po co rondle?  Czy kobietom nie wystarczyły przykrywki? Moi weterani już się nie nadają. Oni  ze swoją blachą pasują tylko do płomienia.

   

 

Wyciągam jednego takiego z głębin szafki. Robi trochę rumoru między swymi. Oddaję mu należny szacunek i mrugam porozumiewawczo okazując znaki poufałej sympatii. Cześć, stary! Napełniam grubasa do połowy wodą. Więcej nie potrzeba. Stawiam kombatanta na kuchence gazowej i włączam palnik. Zanim się obejrzałem, woda bulgocze. Wsypuję do wrzątku garść makaronu.

 

Gotuję sobie obiad.                

MISJA

 

 

Rozglądam się za Duchem Bieluchem. To ten  podarunek od Justyny, kredowy talizman, który spełni życzenie, ale tylko jedno. Taka była umowa z nim, zawarta wśród różnych słownych lub milczących porozumień i obietnic, gdy żegnaliśmy się z Justyną na Dworcu Autobusowym w Lublinie. Gdzie jest Duch Bieluch? Będę go potrzebował.  Przez rok był tu zawsze naprzeciw mnie, przypięty, jak alpinista do haka w ścianie skalnej, do kluczyka małej biblioteczki w pokoju, gdzie pracuję. Dzień w dzień patrzyliśmy sobie w oczy, obaj z pewnym napięciem. On, powiernik Justyny, w oczekiwaniu jakiegoś mojego, być może, ambarasującego życzenia. Ja skupiony nad komputerem i biegiem zdarzeń, które same z siebie, w sposób naturalny nastąpią, albo może to tylko nad pełznięciem moich pustych słów po ekranie komputera, bo zdarzenia, prawdę mówiąc, nie nastąpiły. 

 

Nie miałem zamiaru  wystawiać usług Ducha Bielucha na próbę, co, jak mi się wydawało, rozumiał. Gdy jednak ostatnio wyjechałem na kilka tygodni z domu, on znikł ze  swojego  miejsca pod  kluczykiem biblioteczki. Czyżby się  przestraszył, że nadchodzi wreszcie moment, gdy zlecę mu  jakąś „mission: impossible”?  Rzeczywiście, posądziłem go o to w pierwszej chwili: stchórzył i korzystając z mojej nieobecności,  zwiał gdzieś chyłkiem. Szukaj teraz wiatru, to znaczy ducha w polu. Ale on się raczej znudził i poszedł spać. Znalazłem go leżącego wygodnie w bezpiecznym miejscu na półce. Najwidoczniej został tam  przeniesiony podczas jakiegoś sprzątania.

 

– Dobrze, duchu –  powiedziałem – odpocznij sobie. Dość się nawisiałeś jak alpinista na linie.      

Odpocznij, bo istotnie będę cię jeszcze prosił, byś spełnił jedno życzenie, do którego mam prawo. Życzenie, jak się domyślasz, dotyczy Justyny, mianowicie opcji siódmej dla niej. Powierzę ci misję w tej sprawie i zobowiążę, byś rzetelnie wykonał zadanie mocą swych magicznych kompetencji. Ale ty się nie bój. To wcale nie będzie „misja niemożliwa”. Raczej banalna. 

 

 

 

JUTRZENKA

Pod lasem, hej tam pod lasem… Widzę. Coś błyszczy z dala. Tego się już nie śpiewa. Ale widzę. Błyszczy. Banda Cyganów ogień rozpala? Rozpalała pewnie sto lat temu albo dawniej. A teraz? Cóż może dziś błyszczeć z dala? Światełko w tunelu? Chcielibyście!

 

Kwestia, oczywiście, kto na jakie światełko czeka, bo różni na różne. Ot, na przykład Cyganie. Zostali już, co prawda, do pewnego stopnia uznani za Romów, jednak tylko do pewnego stopnia, a tunel ich powszedni wciąż ciemny, oj, ciemny, i swojego światełka na próżno w nim wypatrują.

 

No ale coś błyszczy pod lasem. Idę tam, jakby mnie magnes ciągnął. A kura gdzieś het za mną gdacze, co na wsi przeważnie pracującej w mieście i pobierającej dopłaty od Unii Europejskie jest już trochę rzadkością. Nie kalkuluje się kura w małych gospodarstwach, bo zysk żaden, a jajka można sobie kupić w sklepie. Mimo to jakaś kura gdacze. I jedną zamyśloną krowę na pastwisku minąłem. Częściej mnie mijają samochody. Piechotą mało kto tu chodzi. A ja hej tam pod las idę zobaczyć, czy światełko w tunelu nie rozbłysło przypadkiem na wsi. Bo ze światełkami tak jakoś jest, że rozbłyskują na ogół kiedy indziej i skądinąd, niż się ich wygląda. Skoro więc pod lasem coś błyszczy z dala, a nikt chyba nie myśli, że jutrzenka przyszłości, ja, wasz odpowiedzialny wieszczek, muszę na wszelki wypadek sprawdzić, czy światełko tam w jakimś tunelu nie świta . 

 

O, proszę! Już większe jest w miarę, jak się przybliżam. Rozjarzone do białości wśród  zieleni leśnej, świeci na tle ciemnej ściany. A nikogo nie obchodzi. Na drodze, która tam prowadzi, nie zebrał się tłum, jak powinien. Prawdę mówiąc, droga jest pusta. Przejechało kilka samochodów, ale w odwrotną stronę. 

 

Niczym niezrażony zmierzam konsekwentnie do celu przez pola, wśród żółto kwitnących nawłoci, tu i ówdzie wysokich jak ja.  W powietrzu dokoła słyszę jednostajne bzyczenie. Brzmi powszechny bzyk os, pszczół-robotnic, opitych nektarem trzmieli i tłustych much, tańczących w słońcu. To jest głos wsi, myślę. Pewnie taki też, ale współczesna wieś pobrzmiewa jeszcze drugim głosem: polifonią niezliczonych silników, agregatów, traktorów i kosiarek trawnikowych. Ten wielogłos unosi się nad polami i łąkami,  snuje w powietrzu, podawany od wsi do wsi, przycicha w przestrzeni, z wielogłosu staje się półgłosem, podobnym do owadziego bzyku, tylko trochę mocniejszym. Polifoniczne owady i polifoniczne silniki razem tworzą jeden współgłos i to dopiero jest dzisiaj rzeczywisty głos, jak powiedziałby mój trzynastoletni przyjaciel Aleks, wsi „zaawansowanej”.

 

 

A wydaje się, że ten rozproszony w przestrzeni głos-pogłos dociera jeszcze bardziej z dala, niż błyszczy z dala coś tam pod lasem . Ej, czy to nie objawia się muzyka przyszłego świata? Ależ oczywiście! Jako wieszczek, specjalista tematu, zapowiedziałem już divertimento na rechoczące żaby i sygnały dźwiękowe w ruchu drogowym. A czyż nie może być koncertu na bzyczące owady i przyszłe silniki? Jeśli będzie pokój, rzecz prosta. Owady, wiadomo, wszystko przetrwają.  Ale jak silniki? Jeśli nawet dzięki pokojowi utrzyma się świat, a silniki z nim, czy nie będą ciche? I co wtedy z moim koncertem? No trudno, niech się już kłopoczą o to przyszli kompozytorzy.   

 

Ja tu mam przed sobą las i drogę, okazuje się,  hej tu pod lasem, już  nie z dala. Skręciłem i , wyszedłem właśnie na nią. Przy niej widzę to, co nie tyle błyszczy, ile bardzo się bieli. Na pewno nie ogień. I tunelu tam nie ma. Bieli się i szkli jakby oko potwora z perłowo-jasną powieką. Ale takie trochę prostokątne to oko i powieka też prostymi linami przycięta, jakby nie banda Cyganów hulała pod lasem sto lat temu, lecz malarzy kubistów i jakby oni tam nie stare baby, lecz swoje geometryczne potwory gonili-gonili do lasa.

 

Ale potwór, którego odkrywam, gdy docieram  wreszcie na miejsce, nie ma stu lat, ma  najwyżej kilka, bo jest wyrzuconym na skraj lasu telewizorem.  To, co wydawało  mi się łypiącym okiem potwora, jest ekranem . A co wyglądało na powiekę i białością błyszczało z dala, okazuje się częścią obudowy, która może łączyła telewizor z  jakimś regałem, na przykład  kuchennym. Jest to lśniąco-biały płat, skądś wydarty, lecz nieoderwany od telewizora, bo widocznie uznany z nim razem za śmieć i ciśnięty w krzaki  pod lasem. Robota na długie wieki dla wody, zarośli i drzew.

 

A nie mówiłem, że może świtać jutrzenka przyszłości? Lasy będą rosły na porzuconych telewizorach, nie mówiąc o kosiarkach trawnikowych i mnóstwie silników.  Może być i taka przyszłość głupiego świata.  

 

PRZYJAŹŃ

– Czy mogę być pana przyjacielem? – zapytał mnie przy stole trzynastoletni Aleks przekrzykując grupę chłopców i dziewczynek. Siedział wśród nich i jadł obiad. Rodzice, którzy dzieci nie biją, zafundowali im w celach wychowawczych dziesięciodniowe warsztaty teatralne na wsi pod  kierunkiem doświadczonej instruktorki. Ona też ich nie bije, ale odbiera wszystkim smartfony i telefony komórkowe, po czym przez dziesięć dni pracuje z grupą nad przedstawieniem. Ostatniego dnia grają i wyjeżdżają ze wsi.

Instruktorka je z nami obiad przy tym samym stole. W rozmowie powtarza kilkakrotnie, że nie chodzi o to, żeby robić z dzieci artystów, tylko żeby uczyć współżycia z ludźmi i pracy w zespole.

 – Miło mieć przyjaciela – odpowiedziałem Aleksowi . – Bądźmy przyjaciółmi.  

Aleks wzniósł entuzjastyczny okrzyk  satysfakcji w stronę koleżanek i kolegów.    

– Podzielę się z panem połową ciasta – zawołał.

Jednak na deser nie było ciasta. Był arbuz. Dostałem kawałek.

– Skoro jesteśmy przyjaciółmi, powinniśmy  z sobą pogadać. Zajdź do mnie w czasie wolnym od zajęć – powiedziałem. – Zapraszam.

Aleks chętnie przyszedł. Zapytał:

– O czym będziemy rozmawiać?

– Może jako przyjaciele na początek tak trochę o przyjaźni w ogóle. Masz pewnie więcej przyjaciół, prawda?

– Mam jednego.

– Tylko?

– Tak.

– Jeden prawdziwy przyjaciel to już  może być dużo.  

– Dawniej go nie lubiłem, a teraz lubię.

– Dlaczego nie lubiłeś go?

– Jego inni też nie lubią. On tu jest z nami. Nikt się z nim nie przyjaźni, tylko ja.

– A który to?      

–  Maurycy.

– I co was łączy?

– Maurycy na przykład nie klnie. To znaczy, nie używa wulgarnych słów.

– Ty też nie klniesz?

– Też, ale wyjątkowo może mi się zdarzyć, a Maurycemu nigdy.  

– No dobrze, przyjaźnisz się z Maurycym, z którym inni nie chcą, ale dlaczego zechciałeś ze mną?  

– Bo to  było tak: Maurycy powiedział, że być moim przyjacielem na pewno już nikt się nie zgodzi. Przyszło mi do głowy, żeby zapytać pana.  I pan się zgodził.

Mówiliśmy potem z Aleksem o książkach „zaawansowanych”, pisanych według Aleksa  „zaawansowanym” językiem, nie o „lekturach”. Lektury szkolne są nieciekawe. Z ciekawości zaczął Aleks czytać Szekspira, gdy miał dziewięć lat.  Tak opowiada mój przyjaciel. I „Trylogię” Sienkiewicza też przeczytał.    

W przedstawieniu zagrał bardzo dobrze z całą grupą. Na scenie zaaranżowanej w drewnianej szopie wiejskiej rzucały się w oczy czternastoletnie i piętnastoletnie, wysokie dziewczyny.
 
Pomyślałem, że rośnie przyszła elita. Może nawet Aleks będzie aktorem. A czy w tym bliskim już, przyszłym świecie, który stworzy pokolenie Aleksa, nie będzie nienawiści do elit? Będzie przyjaźń? W Polsce zacznie się mówić „zaawansowanym” językiem i  przestanie, co drugie słowo, kląć?

Ta krótka opowieść o przyjaźni zostaje bez pointy, mimo że się prosi. Tu będzie urwana, bo musi. Jak romans.

                                                     
 

PIWO

 

 

Polska. Wieś jest komórką macierzystą Polski. My wszyscy z tej komórki, koniec końców lub raczej początek początków. Usiadłem ze wszystkimi nami-Polakami tam, gdzie siadają we wsi mężczyźni po pracy i powrocie z miasta.  Bo pracują przeważnie w mieście, we wsi mieszkają. W mieście nachodzili się po rusztowaniach i dachach. W dół lepiej nie patrzeć. Ci, którzy wyjątkowo pracują na wsi, dorywczo tylko, nawozili się ciągnikami  i nawrzucali widłami siana. Z pola do przyczepy, z przyczepy do dmuchawy. Upierdolił się człowiek, kurwa. Ale szuka się takich. Robota jest. Ludzi do roboty, kurwa, nie ma.

 

Po pracy mężczyźni kupili w sklepie po butelce piwa i usiedli na ławach przy stole obok sklepu. Nad stołem rozpięty jest wielki parasol, ochrona przed słońcem, które wciąż mocno pali, grzejąc łąki i miejsca otwartych spotkań międzyludzkich. Liczba mnoga zbędna. Jedynym takim miejscem we wsi jest punkt konsumpcji piwa pod sklepem, otwarty dla wszystkich. Dopuszczeni są także niepracujący nigdzie emeryci i renciści. Pamiętają PRL, są konserwatystami, niektórzy  są też bardzo głośni, bo przygłusi. Zostałem uznany za jednego z takich, choć nie jestem przygłuchy, ale zaakceptowano mnie przy stole. Na znak, że tak jest, któryś w słomkowym kapeluszu wyciągnął do mnie rękę i uścisnął moją. Zrobił mi miejsce przy sobie i zaprosił. Siedzimy na jednej ławce, on z mojego prawego boku.

 

Przyszedłem z flaszką piwa, a dodatkowo z kupioną w sklepie paczką herbatników. Nie bardzo nadają się do piwa, ale rozpakowałem. Okazały się powleczone czekoladową polewą. Zaproponowałem. Nikt nie wziął.  Jednego zjadłem. 

 

– Teraz dzieci są święte – mówi  emeryt z przeciwnej strony stołu –  no i zrobiło się z młodzieżą, co się zrobiło. Wszystko popierdolone. Bo dzieci są święte. Nie ma wychowania. Mnie jeszcze nauczyciel bił linijką po rękach – emeryt  rozpłaszcza dłoń na stole i pokazuje, jak nauczyciel ją bił – a  teraz nie wolno dziecka tknąć, bo dziecko jest święte. Nie ma wychowania.  Mnie ojciec wychował. Dał mi wpierdol, to do dziś pamiętam. Wychował mnie jak trzeba. No co, kurwa, nie?

 

Emeryt gruby i przygłuchy, który siedzi po mojej lewej stronie, ma, zdaję się, pretensję do tamtego. Nie wiem, jaką. Mówi wprawdzie tubalnym głosem, ale mielenie w ustach słów brzmi mniej więcej tak, jak bulgot pralki elektrycznej, wyżymającej bieliznę. Mało rozumiem. Jednak wkrótce orientuję się, że chodzi o to, kto jest z nich starszy. Wypytują i mnie o wiek, a także gdzie mieszkam i skąd przyjechałem.       

 

– Aaa – mówią, po czym temat rozmowy schodzi na wilki.

 

Są wilki w okolicznych lasach.  

 

– Były nawet widziane dwie watahy – twierdzi mężczyzna, który w mieście chodzi po dachach.  

 

– Dwie to dawniej – wtrąca młody traktorzysta, który wozi siano.

 

– Dawniej nie było wilków – odpowiada ten od dachów.

  

– Nie w tę zimę, dwie zimy dawniej.

 

– Dawniej nie było wilków – powtarza swoje dachowiec –  ale Wałęsa podpisał ustawę, że wilki mają być pod ochroną. To Wałęsa podpisał. Bo Francuzi nie chcieli, żeby im wilki żarły ich owce, i strzelali do wilków, a one poszły do Niemiec i do nas. Tak to jest w Unii.   Wałęsa to podpisał. 

 

– Czy mogę wziąć jednego? – zrozumiałem,  że coś w tym sensie huknął mi do lewego ucha gruby- przygłuchy, bo wskazał palcem herbatniki.

 

– Tak, tak – powiedziałem i raz  jeszcze zaproponowałem każdemu z osobna, żeby się poczęstował. Nikt nie miał ochoty. Tylko gruby-przygłuchy wziął, o co prosił, i zjadł.

 

– Ile dostaje pracownik za taką zwózkę siana? – pytam traktorzystę.  

 

Zawahał się. Pytanie go zaskoczyło.

 

– Dziesięć złotych – odpowiada z jawną kpiną, patrząc mi w oczy.      

 

– Od przyczepy – uzupełnia nieco później, odwracając wzrok.

 

– Trzy dychy od przyczepy – poprawia go emeryt w kapeluszu.  

 

Traktorzysta uśmiecha się i nie mówi nic.

 

– Czy mogę drugiego? – bulgocze mi pralka  w lewym uchu.

 

– Proszę brać. A ile razy przez dzień obróci pan przyczepą? – jakby nigdy nic ciągnę traktorzystę za język.

 

– Siedem – decyduje się teraz wiarygodniej. – Ale nie mogę być pijany – dorzuca. Znów się uśmiecha. 

 

– Osiem – prostuje emeryt w kapeluszu. .

 

Po trzeciego i zaraz czwartego sięga gruby-przygłuchy już bez pytania.

 

– Niech pan schowa przed nim te herbatniki, bo opierdoli panu wszystkie – ostrzega dachowiec.

 

Widzę, że w piwie, które ja jeden piję z kupionego w sklepie plastikowego kubka, inni z flaszek, tonie chyba pszczoła albo osa przebierając rozpaczliwie nóżkami i czułkami. Chlustam niedopitą resztą z kubka na trawnik.   

 

– Osa wpadła panu do piwa – woła nie wiem który emeryt.

 

– O, jest! Rusza się – wspinacz chodzący w mieście po dachach  wypatrzył osę w trawie. – Teraz poleży taka napierdolona piwem. Dobrze pijana jest.

 

Całe towarzystwo wybucha śmiechem.

 

– Nie! Poleciała! – traktorzysta zauważa odlot osy.  

 

– Ale pijana jak skurwysyn i nie obeschła jeszcze. Daleko nie poleci – komentuje emeryt z przeciwka. 

 

– To już jej sprawa – mówię, żeby coś powiedzieć. – A słyszałem, że były tu jakieś dodatkowe wybory i było dwóch kandydatów na wójta gminy. To prawda? – zwracam się do emeryta z przeciwka.

 

– Tak. Wybrali nowego.   

 

– A pan głosował na którego?

 

– Na nowego.

 

– My tu wszyscy na nowego. Drugi już był –  wyjaśnia dachowiec      

 

– Ale to nie ten poprzedni wójt. Tak słyszałem.

 

– Nie, nie. On dawniej był wójtem.

 

Dawniej, pomyślałem, to może wtedy, kiedy jeszcze nie było wilków.

   

– Dwa razy był wójtem. Ale to kiedyś.  Nawet coś tam wtedy zrobił – sadzi emeryt wychowany przez ojca, jak trzeba.

 

– Za chuja bym na niego nie głosował – oznajmia traktorzysta i pociąga z butelki, jakby na potwierdzenie, że dla niego sprawa jest  skończona.

 

– A nie, żeby teraz głosować to nie. On ma tu takie  – mówi emeryt  z przeciwka i nie kończy, tylko zaplata palec o palec drugiej ręki, tej, w którą bił go linijką nauczyciel.

 

– Wiadomo, on już był, jego znamy – kontynuuje mój sąsiad w kapeluszu. – A co zrobi ten wybrany nowy, to dopiero zobaczymy.

 

Powiedział i zapada cisza.

 

– Takie butki z cholewami – dodaje filozoficznie kapeluszowy.      

 

Nagle odzywa się gruby-przygłuchy, który nie brał udziału w dyskusji i nie wszystko pewnie zrozumiał, bo nie wszystko słyszał. Teraz ja,  choć słyszę go aż za dobrze, nie rozumiem, co  mówi, prócz pojedynczych słów.  Ale nie wypada  się przyznać. A on mówi, wyraźnie czymś podniecony, chyba się zaperzył.

 

– Ty, co tobie? Ta osa cię użądliła? – przerywa mu kapeluszowy.

 

Odpowiedzi nie rozumiem. Emeryt w kapeluszu rozumie.

 

– Dobrze, wnerwiony. Ale co cię wnerwia, kurwa?

 

  – Wszystko.

 

To zrozumiałem. Odpowiedział jednym słowem. I umilkł.

 

– A! – odwzajemnia się mój z prawej temu z lewej. –  Gówno podchodzi do serca.

 

Na to tamten wybucha znów niezrozumiałym dla mnie łomotem elektrycznej pralki. Chwilę to trwa. Wtem sąsiad z prawej zdejmuje kapelusz i zwraca się do mnie głośno, żeby tamten słyszał:

 

– Dziadku, dać mu piąchą w ryło?

 

Aha, uświadamiam sobie, sprawdza mnie.

 

– Nie! – mówię stanowczo.

 

On jeszcze raz podaje mi rękę, po czym spokojnie nakrywa głowę swoim słomkowym kapeluszem.

 

Pomyślałem, że porozumienie możliwe jest nie tylko wśród koni.

  

SIELANKA

Na łąkę wybiegają radosnym galopem dwie wypuszczone ze stajni klacze. Są maści gniadej, mają czarne grzywy i czarne ogony, ale białe, zalotne pręgi na łbach, co dodaje łbom smukłości i urody.  Takie pręgi nazywają się u koniarzy „latarnie”.

Łąka pachnie ziołową mieszanką z nieskończenie wielu roślin. Łąkowy zapach wypełnia całe powietrze, jak oddechem sięgnąć. Bardziej panuje nad łąką tylko słońce, które mocno pali. Ale słoneczne gorąco i  ziołowy aromat współpracują, aby łąka była tym, czym powinna. Łąki mają być wygrzane, pachnące i należeć do wolnych zwierząt.    

Łąka byłaby sielanką moją i radosnych klaczy, gdyby w powietrzu nie krążyły eskadry złośliwych najeźdźców, też bądź co bądź wolnych zwierząt: much, gzów, bąków… Skąd mogę wiedzieć, co tam jeszcze lata i jak się nazywa.

Ze mną pół biedy, dam sobie jakoś radę, ale co robić, gdy się jest klaczą i nie ma rąk? Jak spędzić muchę z miejsc niedostępnych dla ogona, grzywy lub w ostateczności kopyta?

Pierwszy pomysł, jaki przychodzi do łba, to położyć się do góry brzuchem i wytarzać trąc  grzbietem o trawę.  Jak często można to jednak powtarzać będąc koniem, którego przyrodzoną pozycją nie jest leżenie, lecz stanie? Ponadto na łące trzeba się przede wszystkim paść, a to absolutnie wymaga stania w miejscu ze spuszczonym łbem i wyklucza przewracanie się  do góry brzuchem. Na stojąco starczy ogona co najwyżej do omiatania zadu, z grzywy pożytek jest prawie żaden, wyjątkowo w brzuch można się celnie trącić kopytem, jeśli jakiś owadzi wampir tam się akurat wpił.

Dwie klacze, stałe użytkowniczki łąkowego pastwiska, są przyjaciółkami. Wiedzą, co to przyjaźń, i znają jej wartość. To nie ulega wątpliwości. Dzięki temu wynalazły jeszcze jeden sposób obrony przed atakami czyhających w powietrzu krwiopijców. Ustawiają się obok siebie, ale w przeciwne strony łbami, tak że ogon każdej, nadal w pełni chroniąc jej własny tył, może jednocześnie omiatać przód sąsiadki, co raz po raz czynią obie klacze z widoczną świadomością celu. Niekiedy jedna przykłada łeb do zadu drugiej,  jakby jej dziękowała.

Pytałem koniarzy, czy taki sposób opędzania się od insektów znają  wszystkie  konie, a raczej, czy koniarze wiedzą, że również innym parom koni zdarza się zawiązywać takie spółki. Umiejętność przekazywana genetycznie?  A może matka-klacz uczyła?  

Nie, mówią koniarze, o niczym takim nie słyszeli.

Wygląda na to, że przyjaciółki z łąki same dokonały wielkiego odkrycia, którego pozazdrościć może im człowiek. Poza technicznym sposobem odpędzania much odkryły naturalną wartość solidarności i przyjaznych uczuć.  

QQ

 

Szósta opcja dla Justyny, najprzykrzejsza z popsutego przez Justynę romansu i pod każdym względem dziwna, łącznie z nazwą, bo nazwana kiedyś sumienną. A to nie jest nazwa dla romansów, zwłaszcza współczesnych. Ale tak ukształtowała się w mojej głowie, gdy powstawała, razem ze staroświecką nazwą i tak już musi zostać: opcja szósta sumienna.

 

Powstawała ta opcja długo, pewnie dlatego, że była przykra i nie chciała powstać. Jej istota zawierała się od początku w jednej, podstawowej myśli: jest COŚ, czego Justyna nie może powiedzieć. A powinna, wie o tym. Ale nie może, ostatecznie więc nie mówi nic, żeby nie powiedzieć tego CZEGOŚ. Woli  zepsuć romans. 

 

Czym jest COŚ? Nie wiem. Jakimś tabu. Ni mniej ni więcej, tylko wyszło na tabu. Bądź co                bądź jest COŚ pewnym „nie wolno”. Nasuwa się proste przypuszczenie, że to nie COŚ, lecz KTOŚ, kto nie życzy sobie romansu Justyny, a jest władny go zabronić. Nie można sprawy przed nim ukryć, ponieważ  ten niezwykły romans rozgrywa się publicznie.  Ale dlaczego nie można by o tym KIMŚ powiedzieć mnie?  Bo jego można ukryć przede mną? Oczywiście, tylko po co zrywać wtedy romans? Jeśli miał być i tak zerwany, ukrywanie mijałoby się z celem. Chyba że znów, jak to w romansach, logika emocjonalna wzięła górę nad formalną. 

 

Zważywszy to wszystko, trzeba jednak przyjąć, że COŚ raczej nie jest KIMŚ. COŚ to COŚ. Ale nie na pewno. COŚ może być bezosobowym CZYMŚ albo osobowym KIMŚ. Może być także splotem jednego z drugim.  Nie wiadomo, jak jest. Wie tylko Justyna, która nie może powiedzieć. Kwestia zostaje bez wyjaśnienia i będzie na tym zamknięta. Justyna nie będzie o nic pytana. Nie jest mianowicie celem opcji szóstej sumiennej zadawanie pytań Justynie o cokolwiek, lecz raczej romansopisarzowi przez romansopisarza o Justynę.  

 

Romansopisarz ogranicza się do niejako zewnętrznej analizy CZEGOŚ. Nie docieka treści sekretu. Uznaje, że nie wie i nie będzie wiedział.  Chce uchwycić funkcję oraz formę tej tajemnicy, opisać, jak sekret działa i jaką ma strukturę. A grubo mówiąc, jakie ma części składowe. Otóż są to dwie niewiadome: KTO? CO? W sumie COŚ.  Opcja szósta sumienna będzie rodzajem równania z dwiema niewiadomymi.

 

A skoro zrobiło się tak matematycznie (dziwna rzecz w romansie) oznaczmy COŚ jakimś wygodnym w użyciu symbolem, niepodlegającym odmianie gramatycznej. Narzuca się „x”. Są jednak dwie niewiadome w sekrecie. Oznaczmy symbolicznie tę podwójność. Ale powstrzymajmy się od  „xy”, sugerującego znów osobę. Bo tak się potocznie mówi: jakiś iks-igrek, inaczej ktoś. Nie. Do tego nie wracajmy. Z dwóch niewiadomych nie wyróżniajmy osobowej.

 

Ja decyduję o wyborze symbolu i wybieram na symbol QQ. Niech COŚ będzie QQ. Chodzi o nawiązanie do tradycji łacińskiej. QQ to początkowe litery dwóch zaimków łacińskich:  quid (co) i quis (kto). A zbliżamy się do rozwiązania romansu. Niech rozwiązanie będzie humanistyczne, skoro zawiązanie, jakże  piękne, entuzjastyczne i wiosenne, było humanistyczne i wzięło się ze szkolnego jeszcze zakochania Justyny w łacinie, a to dzięki pewnej chełmskiej nauczycielce. Ja pojawiłem się dopiero z czasem jako po trosze  łaciński autor i temat ewentualnego doktoratu.    

 

Ale do rzeczy! Do opcji! Dość wstępnych przypisów. Tu zmienia się język. Jest żywa Justyna i jest wściekła. Justynę ponosi. Tak pierwotnie miało być w opcji szóstej sumiennej. W Justynie wszystko krzyczy. Justyna nie może znieść samej siebie. Justyna klnie bez przeklinania słowem, klnie w milczeniu, które zaciska się jak żelazna klamra na czymś, co jest głęboko w Justynie, na obolałym QQ. Zaciska się i dusi.

 

Nadchodzi wreszcie moment zwrotny. Nie ten, który już kiedyś był w romansie. Nie, nie. Opcjonalny, którego nigdy nie było, osobisty moment zwrotny w Justynie. Kulminacja złości, samoudręczenia, pewności i niepewności siebie, a jednocześnie zgorszenia sobą. To nie może trwać, nie może tak dusić, to musi się skończyć. Natychmiast! I zaciśnięta klamra pęka. Powiem! – decyduje nagle Justyna. I mówi. Raczej wypluwa mi prosto w twarz, w oczy: naści, stary głupcze, masz, skoro się prosiłeś, masz tę sumiennie wycharkniętą plwocinę i rób z nią teraz co chcesz. Ach, jaka ulga! Jaka satysfakcja! Powiedziałam.  

 

Taka miała być ta długo wyczekiwana, przełomowa opcja szósta. Tak byłoby uczciwie. Ale do spełnienia tej opcji ani żadnej innej nie dojdzie, bo Justyny na to nie stać. Rzecz w tym, że Justyna jest słaba. Za słaba, żeby się wściec. Za słaba, żeby się ośmielić. Za słaba, żeby zapłacić nie tylko przykrą, lecz zgoła odrażającą cenę uczciwości, jaką uczciwość niekiedy ma. To wszystko jest ponad siły Justyny.

 

Problem polega na tym, że w istocie Justyną rządzą czarne myśli. Tak je nazywa. Dlatego strasznie mi żal Justyny, a jej pewnie żal mnie. Czarne myśli przypływają do psyche profesjonalistki-psychologa falami.  Przypływają i odpływają, a wtedy, gdy odpływają, budzą nadzieję, że nie powrócą. Ale zanim zdążą na dobre odpłynąć, już pędzi następna fala. Nigdy nie wiadomo, co właściwie jest: odpływ czy przypływ. Nadzieja, że „wszystko się ułoży”, jak wyraża to Justyna, czyli nadzieja na jakieś lepsze QQ, rozbryzguje się z chlustem fali w nicość. Jedyną szansą pozostają znaki magiczne, wróżby, talizmany i zaklęcia, środki niepoważne, z których Justyna się śmieje, ale do nich lgnie. Cykl rozpoczyna się od nowa.   

 

Ostatnio właśnie jeden  się skończył , drugi rozpoczął, a na magicznym polu między nimi Justyna szukała czterolistnych koniczyn, które, jak wiadomo, przynoszą szczęście. I znalazła kilka. Rzeczywiście znalazła na rzeczywistym polu. Dwie umieściła na otwartej stronie jednego z tomów mojej  „Trylogii rzymskiej”, sfotografowała i przysłała mi taką  fotografię w załączniku do mejla. W  mejlu napisała, że może jednak wszystko się ułoży, czarne myśli miną, ale na razie niestety nie mijają.   

 

W przerwie między przypływami czarnych myśli, która nigdy nie jest przerwą zupełną, bo przypływy i odpływy na siebie zachodzą i częściowo się mieszają, Justyna zdążyła być pięć dni w Rzymie. Na swoim rzadko czynnym profilu fejsbukowym, zapytana, gdzie jest, przez którąś ze znajomych użytkowniczek „fejsa”, nie przeze mnie, odpowiedziała tak:

 

„Wyruszamy. Czy może już wyruszyliśmy. Nie znamy wprawdzie celu, do którego zmierzamy, obawiam się nawet, że celu nie ma i nigdy do niego nie dotrzemy, ogólnie jednak wiadomo, że wszystkie drogi prowadzą do Rzymu, i tego bym się trzymał. (˝Tyberiusz Cezar˝, Jacek Bocheński)”.

 

Czyż nie jest to jeszcze jeden z wielokrotnych powrotów Justyny po kolejnej ucieczce i zniknięciu?  Trudno tak nie pomyśleć. Są między wzburzonymi  bałwanami przypływów i odpływów mielizny, krótkotrwałe i ruchome. Justyna czasem wchodzi na te grząskie piaski, jakby przez chwilę chciała tamtędy przedostać się do mnie, jednak fala czarnych myśli nieuchronnie nadciąga i zmywa słabą kobietę, miotającą się bezsilnie wśród żywiołów. A ja nic nie mogę na to poradzić, bo z powodu QQ nie wiem, jak mógłbym poradzić i na co. Justyna, opanowana przez czarne myśli, kolejny raz traci pamięć i całkowicie obojętnieje.

 

Romans tego dłużej nie wytrzyma. Stanu rozwlekłej nijakości, a prawdę mówiąc agonii, w którym się znalazł porzucony, jak ranne zwierzę na poboczu drogi, zignorowany i sponiewierany romans, nie zniesie żadne sumienie. Także sumienie literackie.  Moim zdaniem, literatura ma takie swoje specyficzne sumienie. Ściślej: proza ma  sumienie narracyjne. Gdy autor zaczyna opowiadać jakąkolwiek historię, składa czytelnikowi obietnicę, że historia będzie się toczyć. Ustane toku historii ni stąd ni zowąd,  jakby ukradkiem i bez podania powodu, wydaje się oszustwem wobec czytelnika, nie mówiąc o lekceważeniu. Odpowiedzialność za to ponosi autor. Ma się z tego wytłumaczyć on, kiepski romansopisarz, nie zwalając winy na Justynę. Przede wszystkim musi czym prędzej naprawić błędy, które się jeszcze naprawić jako tako da, doprowadzić do jakiego takiego ładu pozostałości romansu, zebrać te szczątki do kupy, spakować i ustawić na właściwym miejscu.

 

To nie znaczy, że obowiązki i wyrzuty sumienia literackiego na tym  się kończą. Nie. Tak posprzątać nie wystarczy. Jest pytanie, czy przypadkiem autor, który z literackiego i zarazem erotycznego egoizmu wciągnął w to wszystko Justynę, nie ma czegoś do wyplucia i  sumiennego wycharknięcia. Powinien  mieć.  Ale to  już temat na kiedy indziej, bo to nie jest opcja dla Justyny, zwłaszcza szósta, której się tu trzymajmy, jak dróg do Rzymu. Justynie przysługuje jeszcze zapowiedziana swego czasu opcja siódma. Pojawi się specjalnie dla niej,  będzie prosta i o wiele krótsza  od tej.

 

W tej wróćmy na koniec do QQ. Wydaje się, że do dwóch niewiadomych należałoby dopisać trzecią, bodaj decydującą o wyniku równania: czarną myśl. Otóż czarna myśl nie ma żadnej właściwej sobie, konkretnej treści. Ma jedynie kolor. Czarny. Jest aspektem wszystkiego i niczym. Nie ma właściwej sobie substancji, ale ma pewną swoją właściwość, taką mianowicie, że wszelkie istniejące substancje zmienia w czarność. Każde Q poddane czarnej myśli równa się czarność. Także podwójne QQ równa się czarność. Jeśli do QQ dopiszemy trzecie Q, a więc samą czarną myśl jako trzecią niewiadomą, okaże się , że QQQ równa się czarność. Ale QQQ minus QQ też równa się czarność. Z rachunku wynika, że QQ, które próbuję zrozumieć i opisać, równa się zero. W ogóle QQ nie ma. Czy nie dlatego nie można było powiedzieć mi o QQ, bo go nie ma? Bo jak powiedzieć, czym jest to, czego nie ma? Jest pusta czarność, czara  myśl. 

 

I tylko żal.

 

Żal Justyny i żal po Justynie.