OBIADY

Na postoju dorożek wieszają koniowi na łbie worek z sianem, ale w taki sposób, że koń może zgarnąć tylko górną warstwę zawartości worka, reszty mimo rozpaczliwych wysiłków nie dosięga pyskiem. Stara się wstrząsnąć workiem, raz po raz usiłuje go możliwie wysoko podrzucić i coś przechwycić, gdy worek opada. Na próżno.

Krótka uprząż nie pozwala mu także zniżyć łba, żeby worek oparł się o ziemię i dało się zjeść więcej siana. Nic z tych wszystkich prób nie wynika.

Koń cierpiący męki Tantala traci jedynie energię na bezskuteczną szarpaninę. Musi być w nie lada stresie. Podrzucanie worka sprawia zapewne, że wewnątrz kłębi się pył, koń prycha nieustannie, a myślę, że z trudem w ogóle oddycha w worku.

Taka jest powszechna metoda karmienia koni, nie tylko na postoju przy Krupówkach. Konie potrząsają więc beznadziejnie workami, a dorożkarze w góralskich kapeluszach i cyfrowanych portkach stoją i gwarzą leniwie jeden z drugim albo siedzą w swoich fiakrach i drzemią.

Podczas obiadu opowiadam towarzyszce przy stole o posiłku koni.

– Zwróciłam kiedyś uwagę takiemu dorożkarzowi, że przecież koń się niepotrzebnie męczy. Wpadł tylko w złość i strasznie mnie zwymyślał – powiedziała.

GNIOT

Moja droga w niedzielne popołudnie do ojca w Zakopanem prowadzi przez Krupówki.

Wyobraziłem sobie, że szybko nimi zbiegnę, jak wiele razy zbiegałem. A tu naprzeciw mnie żywa ściana. Tłum gęsty na chodnikach i pośrodku jezdni, zakleszczony w sobie, bo dwukierunkowy, lecz wskutek przeciwstawnych kierunków i wypoczynkowej ociężałości prawie nieruchomy. Tylko młodzież grupowo i parami przebija się i wprawia go w niejaki ruch. Ale zatrzymuje go znów jarmark z obu stron ulicy: nieskończone ciągi kramów i handlujących górali (często w służbie zamiejscowych przedsiębiorców).

Ci, którzy od nich to i owo kupują lub tylko się na to i owo gapią, a przeważają w tłumie, mogliby, sądząc z wyglądu i odzywek, sami handlować na przykład jarzynami gdzieś w miastach. Nowe drobnomieszczaństwo Trzeciej Rzeczypospolitej pełznie przez Krupówki wśród kramarskiego kiczu, oscypków, kolorowych krokodyli tańczących na bruku z kostki Bauma i pseudogranitowych inkrustacji, wśród zapiekanek w kartonach, ciupag na żerdkach, warkoczyków różnej barwy do damskich fryzur, kapeluszy góralskich, portretów sporządzanych na poczekaniu, wśród przebierańców-niedźwiedzi, ptaków, smoków, różnokształtnych balonów, kotków, piesków, myszek na uwięzi, i transparentów z reklamami w powietrzu.

Także wśród dudnienia megafonów. Z nich nagłe wybuchy obwieszczeń reklamowych i wszelakiej muzyki. Te głosy górą nad głowami i z boków. A dołem, na ulicy własny zgiełk tłumu, w tym krzyki mnóstwa dzieci, którym kupuje się lody i zabawki.

Matki za matkami pchają po jezdni wózki dziecięce, ojcowie za ojcami niosą dzieci „na barana”. Młodzi Romowie i Romki wręczają komu się da róże. W ten tłok wjeżdżają konie dorożkarskie z pustymi już przeważnie dorożkami. Zmierzają do postoju przy Krupówkach.

Dodać trzeba pewien element przestrzenny: ogólny zapach podtatrzański smażonych kebabów, kiełbas i frytek na oleju. Snuje się dyskretnie, bo to są pieniądze, a w Polsce zawsze lepiej, żeby pieniądze były dyskretne.

I drugi element przestrzenny, też ogólny, a przecież tak bije w oczy, że zamiast iść do ojca stoję z rozdziawioną gębą: język angielski. Już wcześniej na ulicy Makuszyńskiego, przecznicy Piłsudskiego, gdy dopiero zaczynałem próbę zbiegnięcia w dół na Krupówki, zauważyłem, że stary „Rzemieślnik”, kiedyś dom wczasowy tak zwanych „prywaciarzy” w PRL, ma nową nazwę, dodaną do starej: „Diamond’s Hotel”.

Teraz widzę szyldy „Mc Donald’s”, „Mc Arthur”, „Fashion Street Krupówki” i dziwotwór językowo-folklorystyczny „Stek Chałupa”, a wszędzie SALE, koniecznie SALE, nie „wyprzedaż”, SALE, jak w całej Trzeciej Rzeczypospolitej. To i owo „for sale”.

Wszystko zbite w jeden gniot. Tłum, harmider, dzieci, romskie róże, zapachy, wiśta wio, i SALE. Trochę przypomina to mullti-kulti na moim warszawskim balkonie. Bo w gęstwinie ludzkiej, między nadmuchanymi figurami z plastiku, tańcami krokodyli, sztuczną małpką grającą na fortepianie, piskami, miaukami zabawek, rodzimą polszczyzną i wszechobecną angielszczyzną objawiają się jeszcze cudzoziemcy mówiący językami, których nie potrafię zidentyfikować.

Wielkie dzieło demokracji, kapitalizmu i globalizmu na Krupówkach.

PROTEST

Idąc do ojca, a to będzie dłuższa droga, zobaczyłem na ulicy Zamoyskiego, powyżej Krupówek, mundurowego strażnika i zagadnąłem go o planowaną demonstrację narodowców. Nic nie wiedział o tym. Nie słyszał.

– Protest ma być – powiedział – ale w Białce, nie w Zakopanem.

– Protest? Przeciw czemu?

– Ekologowie, panie. O konie.

– Ach, bo znów padł koń na drodze do Morskiego Oka, i ten protest to pewnie w sprawie koni, które nie mogą uciągnąć furmanek przeładowanych turystami, tak?

– Ekologów trzeba, panie, zaprząc, kurwa, do tych wozów i niech sami je, cholery, ciągną – odpowiedział wściekły strażnik z trudem się hamując.

W zakopiańskim „Tygodniku Podhalańskim” mignął mi tytuł: „Zarobił milion złotych na pracy konia w Morskim Oku”.

PROGNOSTYK

Polscy narodowcy, współczesne wydanie dzielnych młodzieńców, o których pisałem w Blogu, mieli razem z węgierskimi nacjonalistami, włoskimi neofaszystami i jakimiś jeszcze Hiszpanami przemaszerować przez Zakopane. Tak zapowiedzieli. Ale się rozmyślili. Nie przemaszerowali i obeszło się bez bijatyki na Krupówkach.

Czyżby to był prognostyk, że faszyzm „nie przejdzie”, jak niestety nadaremnie obiecywano sobie w pierwszej połowie dwudziestego wieku? W rzeczywistości przeszedł.

Oby wątek faszyzmu w Blogu dało się z większym prawdopodobieństwem racji zakończyć przepowiednią, że w dwudziestym pierwszym wieku faszyzm jednak nie przejdzie.

ANTROPOLOGIA

Na ulicy Piłsudskiego w Zakopanem stoi (plecami do mnie, twarzy nie widać) dziewczyna w maksymalnie kusych, wzorowo wytartych i postrzępionych spodenkach typu „hot pants”. Patrzy przez lunetę na Giewont.

– Widzę krzyż – mówi do drugiej.

Ta, która to mówi, ma na obu podudziach tatuaże. Każdy wyobraża jak gdyby parę wężyków podążających w górę ku troczkom szortów.

Jednak może nie są to wężyki. Może kijanki. Ze względu na spore dość łebki.

Ale żabie kijanki? Nie. Raczej ludzkie, powiększone do kolosalnych rozmiarów plemniki. Wiedzą, gdzie się śpieszą.

BOTANIKA

Nie sposób dłużej zwlekać. Od dawna brak w Blogu najnowszych wiadomości z życia petunii czyli z integracji roślin w multi-kulti. Zaniedbałem ten temat, a czas biegnie, zmiana goni zmianę, słowem, sprawa jest rozwojowa i dynamiczna. Żeby jak najkrócej scharakteryzować aktualny stan rzeczy, powiem tak: na balkonowym kwietniku wyrosła zwarta gęstwina. Co nie znaczy, że wszystkie równouprawnione rośliny, gospodarze- petunie i przywiani wiatrem obcy, korzystają jednakowo z teoretycznie równych praw.

Ot, taka pokrzywa pod murkiem! Chyba zdaje sobie sprawę ze swojej fatalnej opinii i panicznych uczuć, jakie budzi, dlatego woli się nikomu nie narzucać. Stanęła możliwie na uboczu, niemal przywiera do ściany, czujna i sama w strachu. Ale rośnie, bo taką ma naturę. Pewnego ranka zobaczyłem ją z niewiadomego powodu leżącą. Czyżby padła ofiara przemocy? Jednak po kilku dniach podniosła się z upadku.

Albo znów trawka, smukła elegantka, w kąciku po przeciwnej stronie. Zajęła skromnie to miejsce z niewątpliwą gracją, trzeba przyznać.

Co innego lebioda. Jej bezczelność nie zna granic. Nieprzyzwoicie rozsiadła się na połowie kwietnika, po chamsku rozepchała gęstwinę petunii, ruszyła ostro w górę i puszy się na wysokościach lichymi niby to kwiatuszkami.

Kolejny przybysz: rdest. Co do kwitnienia, potrafi niewiele więcej, wytwarza takie tam kłoski natkane mizerotą kwiatuszkową, ale ma lepsze maniery niż lebioda. Pod względem wzrostu nie przekracza ogólnie przyjętego poziomu, egalitarysta konsekwentny i lojalny wobec otoczenia. Wypuszcza wprawdzie długie, pokryte malutkimi włoskami pędy, ale robi to delikatnie między petuniami, można powiedzieć, grzecznie. Pędy zamienia w łodygi z niezbędnymi liśćmi i z tymi niepozornie ukwieconymi kłoskami na czubkach łodyg. Jednak nie usiłuje zatłamsić petunii, przeciwnie: uchyla się przed nimi, gotów gałązki własne spuścić, wręcz położyć, ustępuje miejsca z kulturą, nie wiadomo gdzie nabytą. Nie wywyższa się prostacko i głupio jak nieobyty parweniusz, nie wyzłośliwia się jak zawistnik i w ogóle nikogo się nie czepia, a przecież miałby czym.

To właśnie robi powój. Ten wypuszcza jeszcze dłuższe, jakby falliczne pędy i wywija nimi w powietrzu na wszystkie strony, co może wyglądać na pornograficzny „show” celebryty (już piszą „szoł” przez „ł”). Ale w tym wywijaniu nie ma żadnego szołu. Jest poszukiwanie celu, by go opleść. W pewnej chwili powój spada na upatrzony obiekt. Przeważnie molestuje jakąś piękną petunię. Droczy się z nią przez pewien czas, wyprawia Bóg wie co i na ogół rzuca, po czym dobiera się do innej.

Na najniższym poziomie multi-kulti, niejako w podziemiu, nielegalnie żyją anonimowe maleństwa. Nikt nie wie, jak się nazywają, a im wcale nie zależy na tym, by ktoś wiedział. Są małe i zielone. Niektórym tylko trafiają się kwiatki, nawet ładne, bardzo drobne, ale białe, dlatego wśród zieleni rzucają się w oczy, być może ku niezadowoleniu karłowatych imigrantów.

A jak w tym wszystkim czują się petunie? Cóż, czują się jak elity we współczesnej demokracji. Prawdę powiedziawszy, ledwo dyszą. Wyraźnie zmizerniały. Ale nadrabiają miną, mają etos i postępowe poglądy. Trochę tak jak w Polsce dawna inteligencja. Myślę, że sobie mimo wszystko poradzą.

JULIO!

Ale jest czekolada, którą mi ofiarowałaś dyskretnie, jak wszystko, co robisz. A mnie, gdy zacząłem ją podjadać też dyskretnie, nic nikomu nie mówiąc, i gdy poczułem jej smak słodki jak muzyka Schuberta, czekolada wydała się podobna do miłości. Ach, ona miłością absolutnie jest, kiedy mam ją w ustach. Jednak ta miłość nie jest podobna do religii. Jest podobna do czekolady. Zjadana, nie potrzebuje ani trochę abstrakcji. Zredukowana do filozoficznej esencji, traci czekoladową wartość i nie tylko przestaje mnie zachwycać, lecz wręcz obchodzić.

Myślę, że w istocie to wiemy, ale się tego boimy i do tej prawdy wolimy się, o ile możności, nie przyznawać. Dlatego zdobimy czekoladę nawet wyjątkowo pięknie, żeby estetyką nieco zatuszować czekoladową prawdziwość. Dlatego moi goście, zamiast rzucić się na czekoladę namiętnie i łapczywie, twierdzą, że szkoda byłoby tak zwyczajnie zjeść. Dlatego ja odkładam na niewiadomo kiedy zjedzenie ostatniej zachowanej porcyjki ze szczątkiem dekoracji, aby przecież nie wyrzec się jakiegoś choćby najmniejszego elementu miłosnej abstrakcji, jakoś bądź co bądź tę czekoladę uduchowić i trzymać na wieczność.

Duchowe i pozaczasowe rozwiązanie problemu miłosnego byłoby wspaniałe, dla mnie w Blogu jak znalazł, gdyby czekolada nie rządziła się własny prawami.

Tak więc to, co wyglądało zrazu na rozwiązanie, okazuje się raczej błędnym kołem i pewnie słusznie zawieszasz nad wszystkim pytajnik.

Nad wszystkim poza – rzecz zdumiewająca! – rytuałem. Kończysz ontologiczne „Zapisane” wierszami o świętach: Bożym Narodzeniu i Wielkanocy.

Dobrze, Julio. Zbliżają się Twoje urodziny. Uczczę je rytuałem. Zjem uroczyście w ten dzień na Twoją cześć i chwałę ostatni kawałeczek czekolady.

KULMINACJA

Miłość ma pewne cechy wspólne z religią. Na przykład wywodzi się z własnego objawienia, jak religia ze swojego. Nic jej nie uzasadnia poza tym, że jest, bo jest.

Nie ma miłości bez współczynnika abstrakcji czyli czegoś pozazmysłowego, idealnego, inaczej: duchowego, jak wyraziłby się człowiek religijny. Dopiero współczynnik abstrakcji różni miłość od seksu.

W „Zapisanym” Julii Hartwig seksu nie ma, ale jest grzech pierworodny, wina i rozpuszczenie ciała w esencji.Tak zachodzi kulminacja najistotniejsza z istotnych. Miłość doznaje zaspokojenia. Takie też, gdybym był Julią Hartwig, mógłbym znaleźć rozwiązanie dla wątku miłosnego w Blogu.

WYNIK

W „Zapisanym” – to już ustaliliśmy – wszystko jest równie ważne, wszystko sprowadzone do esencji, jak do wspólnego mianownika: przeszłość i teraźniejszość, obecność i nieobecność, moje i twoje, starość i młodość, życie i śmierć.

U mnie w Blogu wszystko jest osobno i wszystko różne.

Od autorki „Zapisanego” powinienem nauczyć się wspinania ponad rozróżnienia. Ona ma tę umiejętność, ponieważ wyczuwa ontologiczną jedność rzeczy i potrafi dotrzeć do esencji. Ja nie potrafię. Gdybym się nauczył, rozwiązałoby mi to kłopoty miłosne.

Jest przecież miłość zapisana w „Zapisanym” jako element esencji. Wydaje się, że najważniejszy od początku świata.

A tu, jak ten trzmiel, wpada mi do głowy Lukrecjusz. No nie, Lukrecjuszu, bardzo cię przepraszam, nic tu po tobie. Nie ta natura wszechrzeczy panuje, nie ta miłość, myślicielu-trzmielu.

Julia Hartwig znosi różnicę miedzy ciałami i abstrakcją, miedzy „tu i teraz” a „gdzieś i kiedyś”, między doczesnością i wiecznością, a także między miłością, która była, i miłością, która jest, choć w pewnym sensie nie jest. Wszystko odnosi do nadrzędnej tajemnicy. Nad wszystkim zawiesza pytajnik. I to jest jej naturalny sposób bycia. Czuje się z nim dobrze, przynajmniej w miarę pogodnie.

Tak? A „mijaj nocy z którą nie mam porozumienia”? Co to znaczy? Co się dzieje?

To są moje pytajnia. Nie odpowiem na nie, oczywiście. Z pytajnika Julii Hartwig zawieszonego nad „Zapisanym” wynika religia.

Ona jest „prawdą”, o którą „zaprzestano pytać”.