GODZINA X

 

 

 

Jeszcze jedna przepowiednia wieszczka z wiarygodnością nadszarpniętą już nieco przez muzyków, ale to nic. Przepowiednia będzie tym razem polityczna. Takie prawie nigdy się nie sprawdzają, co proszę wziąć ewentualnie pod uwagę. Jednak słowo się bąknęło. Ponowny Hitler. Czy jest możliwy? Zapowiedziałem, że wrócę do tematu. Słowo bąknięte w czasach płynnej prawdy, wiadomo, do niczego nie zobowiązuje, mimo to u mnie w blogu raz bąknięte trwa już jako byt elektroniczny i nie zostanie wymazane w druku. Na tym polega literatura internetowa z pozoru łatwych kliknięć. Jest nieodwoływalna, bo rejestrowana w toku powstawania i przejrzysta od początku do końca dla wszystkich. Tym różni się od klasycznej książkowej.

 

Ale o Hitlerze… Proszę uznać widzenie wieszczka raczej za swobodną hipotezę niż przepowiednię, która oby nigdy się nie spełniła. I proszę na wstępie ułożyć sobie w głowie dwie rzeczy.

 

Pierwsza. Przyszły Hitler nie musi być Niemcem. Musi w nowych warunkach myśleć jak Hitler, mieć do tego powody i odegrać podobną role lub co najmniej chcieć i zacząć.

Narodowość nie ma znaczenia. Ma znaczenie rasizm.

 

Druga rzecz. Historyczny Hitler nie tylko wszczął wojnę, zajął Polskę i zrobił Holocaust.  Miał plan dla Europy, którą też prawie całą zajął, a gdy bez porównania liczebniejsze armie Stalina zaczęły go wypierać, próbował jeszcze rozpaczliwie obronić ją „przed bolszewizmem i Żydami” z pomocą Europejczyków, co się jednak nie udało. Zwłaszcza Goebbels podpowiadał mu takie odwołanie się do ich strachu, niestety bez widocznej aprobaty, jak uważał. Przyszły Hitler mógłby Goebbelsa lepiej słuchać.

 

Oczywiście, błędem Hitlera było samo podjęcie wojny na armie z bolszewizmem zamiast utrzymania sojuszu. Stalin wojny nie oczekiwał i nie chciał. Hitler przedtem udowodnił, że sojusz jest możliwy, ponieważ go zawarł, potem niepotrzebnie zerwał. I to jest może trzecia rzecz, którą należy mieć w głowie, zanim rozważymy, czy przyszły Hitler jest możliwy. Ten przyszły nie musiałby oszaleć i rozpętać zabójczej dla siebie wojny z przerastającym go  znacznie kolosem. Mógłby poprzestać na sojuszu. Nie z bolszewizmem, naturalnie, który się skończył, lecz z jakimś analogicznym, równie złowieszczym niebezpieczeństwem w analogicznych, przyszłych okolicznościach.

 

Dobrze, ale któż byłby Hitlerem? Prawdziwi  dyktatorzy też się skończyli. Skąd takiego wziąć? Z poza Europy? 

 

Otóż nie. Sadzę, że warunki europejskie sprzyjają stopniowemu odradzaniu się atrakcyjności dyktatur. Europejczykom brzydnie demokracja różnie w różnych miejscach, z różnych powodów, ale brzydnie. Jeśli wszystko tak dalej pójdzie, jak idzie, jeśli poszczególne małe partykularyzmy europejskie, powiedzmy, izolacjonizmy ojczyzn, i jeden wspólny izolacjonizm kontynentalny, powiedzmy, antyimigrancki, by użyć zrozumiałego dziś terminu, jeśli więc te  wszystkie napięcia, pęknięcia, nadęcia  i odcięcia zrobią sieczkę z Europy i doprowadzą do kryzysów, wtedy ten i ów lud europejski, jak to lud, zapragnie mocnej ręki i zrobienia porządku. Na tej urodzajnej glebie wykiełkują najpierw mali, ostrożni jeszcze hitlerkowie pseudodemokraci. Któryś jednak wyrośnie ma przyszłego Hitlera. Najtrudniej o to będzie Niemcowi ze względu na wciąż pamiętanego poprzednika. Ale przed  krytyczną godziną X upłynie jeszcze sporo czasu i może pamięć o przeklętym sprawcy największego nieszczęścia Niemiec przekształci się w nową „narrację” o genialnym  prekursorze przyszłego zbawienia. Zmiany w dwudziestym pierwszym wieku następują szybko.            

 

Tak czy owak jakiś tam Hitler znajdzie się w razie potrzeby. Nie to, skąd go wziąć, będzie problemem, ale co on zrobi. Bo jeśli wszystko w Europie pójdzie tak, jak idzie, a również w Afryce i na Bliskim Wschodzie tak, jak idzie, to przeludniony i wskutek ocieplenia klimatu  wyjałowiony do sucha kontynent pod bokiem Europy nieuchronnie wybuchnie, co wieszczek przepowiadał już kilka razy. Nawała, która ruszy, nie będzie bezbronnymi uchodźcami. To będzie odwetowa kontrkolonizacja do n-tej potęgi, kontrkrucjata, kontrrekonkwista, może właśnie przez Hiszpanię uderzy, dlaczego by nie,  jedno z dobrych miejsc do uderzenia, chociaż nie jedyne. Załóżmy, by znów użyć zrozumiałego przykładu, że przywództwo i szpica ideologiczna ataku będą czymś takim jak państwo islamskie, może islam przetrwa, mniejsza o to. W krytycznej godzinie śmiertelne niebezpieczeństwo zawiśnie nad Europejczykami, zadowolonymi, że większości imigrantów napływających przez lata udało się szczęśliwie nie wpuścić do Europy, utrzymać na granicy lub w obozach i uniknąć kłopotliwej integracji z nieobliczalnymi przybyszami.

 

Lepiej było zaufać przezornemu geniuszowi największego rasisty w historii świata.

 

Przyszły Hitler nie musiałby podbijać zbrojnie Europy, bo do tego czasu dzięki demokracji i zbrzydzonym ludom  już by ją miał. Do islamu odnosiłby się  tak, jak historyczny Hitler do bolszewizmu i Żydów. To budziłby nadzieję, że konsekwentny rasizm skuteczniej ocali Europę niż wątpliwe programy integracyjne.

 

Jest więc godzina X. Kocioł afrykańsko-islamski, rozgrzany do ostateczności, wykipiał. Ciśnienie wysadziło pokrywę. Za pięć minut potop. Co się wyleje i na kogo, wiadomo. Zawartość kotła to fanatyzm, desperacja, zajadłość i wściekłość. Niech się schowa bolszewizm. A gdzie Żydzi?  Nie ma, poprzednik wymordował. Tak, ale jest Izrael. Są Żydzi, i to w jednym z tych oczywistych miejsc, przez  które uderzy nawała. Izrael będzie się bronił, jest przygotowany, bo od dawna wie, że ma być zepchnięty do morza.

 

Co robi przyszły Hitler, europejski dyktator z woli ludów, obrońca ustanowionego już, zmodyfikowanewgo stosownie do przyszłych warunków Nowego Ładu w Europie?  Nie ma wielkiego wyboru. Może stoczyć na wszystkich frontach wojnę z nacierającym panafrykańskim prawdopodobnie postislamizmem, stanąć między innymi po stronie izraelskich Żydów, przegrać, oczywiście, i raz jeszcze otruć się w bunkrze cyjankiem potasu. Ma też drugą możliwość: ofiarować postislamistom cenną pomoc w zepchnięciu Izraela do morza, sprzymierzyć się z nimi i zyskać na czasie. Oni by się zgodzili, bo zatopienie Izraela wcale nie byłoby łatwe, a fundamentalistyczne  przywództwo chciałoby przede wszystkim osiągnąć ten główny cel ideologiczny dla utwierdzenia swego autorytetu w ogólnym chaosie.  Hitlerowi zależałoby na tym samym.  Przerażeni Europejczycy odetchnęliby z ulgą i podziwem dla niego, a on zyskałby jeszcze dzięki temu, że dotychczasowa sprzeczność  miedzy Hitlerami nagle by się zatarła. Nie Hitlerzy , lecz Żydzi są i zawsze byli sprawcami zła i nieszczęść: oto co by się potwierdziło. Coś, co przecież wielu Europejczyków instynktownie czuje, ale powiedzieć nie wolno. Historyczny Hitler miał rację. Tylko bez Żydów świat może przeżyć. Wystarczyło zlikwidować Izrael, no i proszę: kataklizm  zażegnany.  

 

Nowy Hitler zdawałby sobie sprawę, że do czasu. Liczyłby jednak w swej rasistowskiej mądrości, że przywództwo ciemnoskórych podludzi zajmie się przejadaniem izraelskiego łupu, nasyci i skorumpuje, a pozostała dzicz  po trosze wyzdycha z głodu, po trosze sama siebie wygniecie w tej Afryce i wyrżnie.  Do jutra będzie można tak pociągnąć. Potem się zobaczy. Nigdy przecież w Europie inaczej nie mówiono.