AUTOKOREKTA

 

 

Coś ty zrobił, ośle-blogerze, coś ty zrobił Justynie, jakim prawem, romansopisarzu od  siedmiu boleści, tak, tak, siedmiu, ta magiczna liczba ma znaczenie dla Justyny. Kojarzy się z osłami.  Był kiedyś serial i była tam osoba, która trzymała osły. Zamiast imionami nazywała je na przykład Numer Siedem. Jedni numerują osły, inni kobiety. Albo opcje. Osiołek Numer Siedem, opcja siódma dla  Justyny. Tak ona to widzi. Ale o tobie, sprawco, ma być teraz mowa, nie o niej. Na ciebie, winowajco, przyszła pora.

 

Czyś ty aż tak zgłupiał, że nie wiedziałeś, czego się dopuszczasz? Jakbyś nigdy wcześniej nie słyszał o pisarskim grzechu mieszania rzeczywistości z fantazją? Jakbyś nie napisał całej książki o tym, to znaczy o mistrzu twoim, uwielbianym i do samego dna przez ciebie przeżytym Owidiuszu? Nie wiedziałeś, co to jest carmen et error, błąd literatury? Ale Owidiusz przyznał się do winy, choć nie do tej, o którą go oskarżono. A ty przecież rozumiałeś, do jakiej i dlaczego. Samolubstwo sztuki poniosło poetę, ważniejsze nad wszystkie inne względy i skrupuły. Forma kazała pobłądzić treści. Odkryłeś to u mistrza i co najlepszego sam zrobiłeś?                     

 

Obwiniam cię, czyli obwiniam siebie o przestępstwo literackie popełnione na Justynie.  

Ja jestem tobą, ośle-nie-ośle numer siedem-nie-siedem. Koniec z dwuznacznościami. Nie będę się ukrywał za drugą osobą zaimka. Ja jestem autorem niewydarzonego romansu. Ja pomieszałem prawa przysługujące literaturze faktu z prawami wolnej wyobraźni przysługującymi powieściom. Beztrosko pomieszałem, upojony egoizmem sztuki, nie zważając na Justynę, ofiarę moich pomysłów. 

 

Justyna jest kobietą rzeczywistą. Cielesną. Mieszka w Chełmie i ma czarne myśli. Ale może już nie. Może znowu mieszka w Lublinie. Rzeczywiście doktoryzuje się na lubelskim Uniwersytecie im. Marii Curie-Skłodowskiej. Rzeczywiście jeździ na Ukrainę. Wiem dlaczego, ale tej rzeczy nie wolno mi powiedzieć, jak nie wolno było Owidiuszowi  powiedzieć, dlaczego skazany został na wygnanie. I nie powiedział. Ja też nie powiem.

 

Mówię natomiast, czym zawiniłem i o co sam siebie oskarżam. Wymyśliłem nierzeczywisty spektakl publiczny w Internecie z lekkim tylko zabarwieniem miłosnym na początek, lecz założeniem rozwoju na później, i wciągnąłem do spektaklu Justynę. Nie ma nic do rzeczy kwestia, w jakim stopniu miałem na to jej przyzwolenie lub nie.  Powinienem był przewidzieć, że intuicja literacka, dobra w  projektowaniu fikcyjnych fabuł, może w realnym życiu zawieść. Bo o tym, co będzie się działo w mieszaninie życia z nierzeczywistym  spektaklem, zdecyduje ostatecznie Justyna, ale odpowiadam za wszystko, także za nią, ja. Bo ja wymyśliłem, że spektakl będzie naszym publicznym romansem, choć naprawdę był tylko publiczny, a spektaklem wcale nie był, lecz jedynie tekstem, który pisałem w Internecie.            

 

Prawdą jest, że pierwsza napisała do mnie Justyna. Wydała mi się ciekawą dziewczyną, nieszablonową, odważną i chyba zakochaną. Bardzo mi się spodobała. Była pełna zapału, ambitna, krytyczna, pomysłowa. Ona wymyśliła kozetkę i psychoanalizę, nie ja. Zdziwiłem się, gdy nagle uciekła z tej kozetki, jakby przestraszona.

 

Powinienem był już wtedy potraktować poważnie ten objaw i zrezygnować ze źle zapowiadającego się romansu, przyjmując, że jest nieuprawniony. Justyna nie musiała mi tego mówić. Do mnie należało wiedzieć o tym. Temat Blogu Drugiego można było jeszcze zmienić i o Justynie zapomnieć.  

 

Zamiast postąpić w ten sposób zacząłem tworzyć sobie potencjalną Justynę, począwszy od kilku włosków z fotografii profilowej na Facebooku, i samemu się zakochiwać w tworzonej  tak postaci. Dalszy przebieg historii, która trwała dwa lata, opisałem, nie ma więc potrzeby jeszcze raz jej tu streszczać. Usiłowałem, niezrażony powtarzającym się znikaniem i ogólną tajemniczością Justyny, konstruować niezwykły pod każdym względem,  jak na współczesne „standardy”, romans. Słowa romans używałem w dwojakim znaczeniu: relacji miłosnej między dwojgiem ludzi i popularnej opowieści na ogół  typu naiwno-sentymentalnego. Takiej miłości dzisiaj się nie uprawia i tak się dziś nie opowiada. Ja stworzyłem taką miłość i opowiadałem.

 

To była moja pieśń w Internecie (carmen). Wszystko, co w pieśni mówi Justyna, powiedziała lub napisała rzeczywiście, głównie mejlami. Nie ma wypowiedzi Justyny zmyślonych przeze mnie. W sumie jednak pieśń jest moja. Ale ta subtelna pieśń, złożona z elementów cienkich i wątłych, jak sfotografowany włosek na wietrze, była moim błędem (error). Na ekranie komputera  powinien był pojawić się alarm, właśnie słowo error, swojskie przecież, angielskie i przez większość ludzi uważane za niewątpliwie angielskiego tylko pochodzenia. Ono więc mogło mnie ostrzec i napomnieć, żebym nie brnął w błędzie. Jednak się nie pojawiło. Inna kwestia, czy byłbym posłuchał. Najprawdopodobniej z oślim uporem trzymałbym się swojej pieśni. A przecież znikanie Justyny było wymownym znakiem, że ucieka od mojej pieśni, ma z nią jakiś kłopot, nie chce jej. 

 

W miłości i sztuce nie ma umów. Są tylko uczucia. Działa jednakowa zasada: miłość i sztuka nie mogą być uciążliwe. Jeśli gdzieś ich nie chcą, najlepsza rzecz, jaką one mogą zrobić, to czym prędzej się usunąć. Nie ma na co czekać. Jeśli komuś nie podoba się moja pieśń, nie namówię go, żeby mu się spodobała, naleganiem i  natręctwem. Otóż ja ze swoją pieśnią naprzykrzałem się Justynie  co najmniej o rok za długo. Zmieniałem wprawdzie melodie, to taka opcja, to siaka,, ale przecież ona nie chciała tej kakofonii słuchać, konsekwentnie ją ignorowała, a ja wciąż jeszcze nastawałem, raz po raz pobekując, jak osioł, o romansie.    

 

Teraz dopiero zdałem sobie sprawę z tego, co robiłem. Ależ oczywiście! Molestowałem Justynę! W obiegu jest taki termin: przemoc słowna. Nie wiem, czy wśród wielu  rodzajów przemocy słownej odnotowano już przemoc literacką. Jeśli nie, zgłaszam taki przypadek. Pisząc Blog Drugi molestowałem literacko Justynę. Tu powtórzę: nie ma znaczenia, czy z przyzwoleniem Justyny czy niezupełnie. Każdy mężczyzna molestujący kobietę twierdzi, że miał przyzwolenie, bo to ona go prowokowała. Chcę powiedzieć jasno: ja z własnego przyzwolenia molestowałem literacko Justynę, co było pewną formą molestowania seksualnego. Justyna mogła czuć się schwytana w literacką pułapkę i doznawać z tego powodu różnych przykrości. Nie wiedziała, jak sobie w takiej sytuacji poradzić, dlatego milczała. Bo ja się pomyliłem w swoim pierwotnym rozpoznaniu Justyny. Ona wcale nie jest kobietą odważną. Przeciwnie. Jest nieśmiała i słaba. Tym większą odpowiedzialność ponoszę za molestowanie takiej osoby, wręcz karalne prawnie, choć w    Polsce raczej tylko na niby.         

 

Owidiusz za pieśń i błąd został ukarany wygnaniem z Rzymu. Usunięto również jego książki z bibliotek. Ale utwory te przerobione na sceny baletowe mogły być wykonywane  w  teatrach. Kary jeszcze przede mną. W razie czego przerobię Blog Drugi na piosenki.