WERYFIKACJA

   O nazwisku było wprawdzie słychno, ale rzecz jest mglista. Nie ma pewności, kto jest kto. Stróż przyszedł zorientować się w tej kwestii. Zaczyna jednak od przeprosin. Powinien był onegdaj pójść ze mną do komórki i poszukać takiej motyczki, jak przyniosłem, widzi właśnie. Bo taka była tam schowana, tylko trzeba było wiedzieć gdzie.

A potem czyta już tekst wyryty na głazie.

– Rzeczywiście – mówi – poeta. Widzę, napisane, że poeta i społecznik. O! Walczył o prawdę i piękno. No tak. To ten pisarz. On jest ojcem pana?

– Oczywiście.

– Przepraszam, a co znaczy ignis ardens? Bo tak tu jeszcze napisali.

– Płonący ogień.

– A, płonący ogień! Bocheński. Ogień to na pewno o nim. O tym pisarzu. I mówi pan, że to jest pana ojciec?

– Tak, tak.

Przychodzi mi do głowy pewna refleksja. Czy jednak „Janura” nie miała racji, usuwając z grobu tekst Platona i zastępując opisem, który, jak widać, trafia do przekonania stróżowi. Skoro jemu, to pewnie większości ludzi. Zwykły człowiek rozumie taki opis, jaki właśnie jest, nawet płonący ogień w moim konwencjonalnym tłumaczeniu rozumie, a co rozumiałby z Platona w przekładzie Wladysława Witwickiego, gdyby czytał tamten tekst?

Ponadto zauważam, że stróż przyjmuje opis, jaki jest, w sposób naturalny za świadectwo rzeczywistości, jej miarodajne potwierdzenie i objaśnienie. Społecznik walczył o prawdę i piękno? Istotnie więc był pisarzem, o którym słychno.

– A tamci to rodzina? – pyta.

– Jacy tamci?

– Ci Bocheńscy, którzy leżą dalej.

Uświadamiam sobie, że przecież był w Zakopanem Bocheński, dyrektor szpitala.

– Ach, lekarz! Oczywiście.

– To rodzina?

– Nie, nie .

– Tamci to inna rodzina?

– Tak.

– Aha – stróż kiwa głową . – Nie rodzina.

Chwilę jeszcze stoi przy mnie, potem żegna się i odchodzi. Gdybym czegoś potrzebował, on będzie przy bramie – rzuca mi na odchodnym.

Wkopałem wrzośce, podlałem, ubiłem dokoła ziemię, Idę teraz popatrzeć na grób lekarza. Jest w pobliżu. Grób rodzinny tamtych. Ale osobno leży w indywidualnym grobie jeszcze jeden zmarły: Jacek Bocheński. Może dziesięć metrów od głazu. Jednak to nie ja.

Wracam do ojca. Znów kładę swoim zwyczajem rękę na głazie.

– Tato – mówię w milczeniu – nie wiem, czy o tobie słychno. Raczej nawet wiem. Nie słychno. I już nie będzie słychno. I o mnie coraz mniej słychno. I niedługo nie będzie ani trochę słychno. Ale wszystko teraz jest na świecie inaczej, niż miało być. A jeszcze inaczej będzie. Na przykład zupełnie bez poetów. I wiesz, tato, ja chciałem zdążyć. Żeby mi się udało w ostatniej chwili być poetą. Dlatego przyszedłem do ciebie z tym pisanym na starość wierszem o liściach łopianu. Bo ty uważałeś, że prawdziwym pisarzem jest zawsze poeta. Bo tylko poezja ma formę. Nie mówiłeś tego, ale tak uważałeś, wiem. Blog nie ma formy z założenia. Blog też nie ma rzeczy od tysiącleci fundamentalnej: nie ma rękopisu, jedynie zapis elektroniczny. Nie zostawię Blogu w rękopisie, jak ty zostawiłeś gnomy indyjskie, które przyniosła mi pani Maria Święcicka , od czego zaczął się Blog. A jednak … Blog instynktownie dąży do przybrania formy. Przez cały czas dążył. Zatoczył koło i wrócił do ciebie.

– Do widzenia, tato – mówię ojcu.

Zbliżam się do bramy cmentarza i do końca Blogu.

– Do widzenia panu – mówię stróżowi.