GRÓB

Wypożyczyłem w „Halamie”, domu pracy twórczej ZAiKS-u, niewielką motyczkę ogrodową zamiast łopatki i poszedłem jeszcze raz na Stary Cmentarz.

Kiedy ponad pół wieku temu ojciec umarł (nagle i młodo; miał sześćdziesiąt siedem lat), musiałem szybko rozstrzygnąć, jak on – bezwyznaniowiec ma być pochowany. Zakopiańskie władze miejskie zdecydowały, że tu na Pęksowym Brzyzku wśród zasłużonych. Rozwiązanie innych kwestii spadło niespodzianie na głowę syna. Wdowa „Janura” (Janina Bocheńska, która od roku 2009 leży obok ojca) była w szoku, zamknięta w sobie, niezdolna ogarnąć w ogóle świadomością, o co chodzi.

Oczywiście, pogrzeb mógł być tylko świecki. Trudno sobie nawet wyobrazić, by ojciec, bardzo uczulony pod tym względem, zgodził się na inny.

A jednak w roku 1930, mimo że nie uznawał żadnych sakramentów, wziął ślub kościelny z moją matką po przeżyciu z nią dwunastu lat w śmiałym, jak na tamte czasy, związku partnerskim, którego nikt wtedy partnerskim nie nazywał, a z którego ja się urodziłem w roku 1926. Jednak wkrótce po ślubie ojciec rozwiódł się (formalnie uzyskał unieważnienie pierwszego małżeństwa), by zawrzeć możliwy dzięki temu drugi ślub kościelny z poznaną w Tatrach Janurą. Był więc zdolny do kompromisów, jeśli nie z wyznaniami, to ze zwyczajami religijnymi, choć przyznaję, że sensu ślubu i niemal natychmiastowego rozwodu rodziców nie rozumiem. Tej zagadki nigdy mi nie wyjaśniono.

Ale czy na grobie ojca powinien stanąć krzyż? Z motywów religijnych – nie , to byłoby wbrew ojcu. Grób jednak, myślałem sobie, będzie nie tylko miejscem jego spoczynku, będzie również informacją dla środowiska żyjących. Z motywów „kulturowych” krzyż powinien stanąć , bo w środowisku jest to zrozumiały sam przez się znak przypisany śmierci, podobnie jak ślub kościelny był w latach trzydziestych zeszłego wieku znakiem aprobującym rodzicielstwo. Może mnie chciano publicznie aprobować i dlatego ojciec zgodził się na kościelno-ślubny kompromis?

Z podobnie „kulturowych” względów ja zgodziłem się na krzyż cmentarny, gdy ktoś zapytał, czy powinien stanąć. I powiedziałem od razu, że napisane ma być o zmarłym „Tadeusz Bocheński, poeta”, nic więcej.

Przygotowano więc prosty, drewniany krzyż informacyjny, bez odniesień do metafizyki. Ale przecież w swojej poezji ojciec do metafizyki po swojemu się odnosił. Był to charakterystyczny element jego twórczości, co też wymagało informacji. Czułem jej brak, podobnie jak brakowało mi odniesienia do gór, starożytności i oryginalnej ascezy, w której ojciec żył przez lata.

Otóż przy krzyżu była tabliczka z miejscem na jakiś okolicznościowy tekst. Należało go szybko wymyślić. Janura z rodziną powierzyli to zadanie mnie poniekąd automatycznie.

Byłem wtedy autorem wydanego dopiero co „Boskiego Juliusza” i miałem względnie świeżo w głowie platońskiego „Fedona”, do którego książka nawiązuje pod koniec. Kierowała mną poza tym jedna tylko myśl: powiedzieć najzwięźlej to, czego brakowało, i uniknąć banału retoryki nagrobkowej. Nic sam nie pisałem. Wybrałem z „Fedona” zdanie o duszach w Hadesie i zacytowałem w przekładzie Władysława Witwickiego, skądinąd szkolnego nauczyciela ojca, bliskiego mu także stylistycznie.

Oto cytat, jaki widniał potem na krzyżu, podpisany „Platon”:

„A których życie wyda się osobliwie zbożne, ci będą wyzwoleni z tych czeluści podziemnych i wzięci stamtąd, jak z więzienia, w górę i pójdą mieszkać w czystych stronach, na szczytach ziemi”.

Krzyż i tekst Platona przetrwały kilka lat do chwili, gdy zostały usunięte i wedle pomysłu wdowy Janiny zastąpione granitowym głazem z wyrytym w kamieniu innym napisem. Tak zmieniony wygląd grobu utrzymał się bardo długo, taki też opisałem w „Odmieńcu”, eseju z pierwszej połowy lat dziewięćdziesiątych, poświęconym ojcu, a publikowanym w „Zeszytach Literackich” (lecz tam skróconym; całość jest w „Zapamiętanych”).

Ten utrwalony już stan rzeczy zmienił się po śmierci żony Janiny, która spoczęła obok głazu. Rodzina znów postawiła na grobie krzyż w stylu podhalańskim z jej imieniem i nazwiskiem.

Pod tym krzyżem znalazłem wolne miejsce na wrzośce. Pochłonięty wspomnieniami, próbuję je wkopać, gdy ktoś pojawia się przy grobie. Stróż cmentarza. Widział mnie wchodzącego przez bramę i przyszedł porozmawiać.

– To ten Bocheński? – pyta. – To ten pisarz?