LIŚCIE ŁOPIANU

przywracają należyty porządek spraw.
Stoją wiernie na straży dzieciństwa, wciąż tam gdzie powinny, jakie rzetelne!
Udzielają mi zarazem ważnych lekcji na starość o ziemi, wodzie, słońcu i przemianie materii, a gorzkawy sok ostro paruje z ich naczyń krwionośnych. To dobrze.
Są także społeczeństwem, liść przy liściu.
A jednak nie tworzą partii politycznych.
Dają się głaskać jak skóra kobiety.
Mają ciała cienkie i wklęsłe, lecz żyłki rozpostarte, pod spodem nabrzmiałe.
Przypominają zielony pergamin, z którego czytam de natura rerum.
Są skromne, bo nieśmiertelne do pewnego stopnia.
Nie walczą o władzę.
Nie oskarżają o zdradę.
Nie chciałyby wystąpić w telewizji.
Nie mają ideologii, doktryn i światopoglądów.
Podobno nie mają duszy.
Być może jednak wierzą w Boga.
Być może się modlą, liść przy liściu, wcale bym nie wykluczał,
ale:
To ich sprawa, nie kościoła.
Nie każą mi klęczeć na grochu.
Nie ranią ostrymi brzegami, nie kłują .
Mimo pozorów kolczastości są miękkie.
Trudzą się nad osmozą i wytwarzają pilnie chlorofil.
Zgiełk pomijają milczeniem.
Wiele dzięki nim skorzystałem w Dolinie Strążyskiej.