BEZWYZNANIOWOŚĆ

Ojciec mówił o sobie, że jest „bezwyznaniowcem”. Słyszałem w życiu tylko dwóch ludzi, którzy tym słowem określali swój stosunek do religii, choć znałem wiele osób niewierzących. Ale słowo „bezwyznaniowiec” znaczy coś trochę innego, a tak właśnie nazywali siebie ci dwaj. Pierwszym był mój ojciec, drugim Leszek Kołakowski . Od obu sam sporo przejąłem.

Leszek złożył po raz pierwszy deklarację bezwyznaniowości w latach trzydziestych zeszłego wieku przed nauczycielką w szkole, za co został wobec klasy wydrwiony jako „filozof” i ze szkoły wyrzucony. Przytaczałem już za nim tę jego chętnie opowiadaną anegdotę w moich „Zapamiętanych”.

Także ojca, przynajmniej najistotniejsze rzeczy dotyczące go, opisałem dość obszernie w „Zapamiętanych” i nie będę wracał do nich w Blogu. Czuję potrzebę uzupełnienia tematu czymś innym.

Przyszedłem z wrzoścami do granitowego głazu na Pęksowym Brzyzku, ale chwilowo postawiłem je na ziemi pod głazem, wkopać nie mam czym, bo w komórce nie znalazłem łopatki. Wkopię kiedy indziej. Teraz tylko przywitam się z ojcem.

Ludzie religijni, a najczęściej nie tyle religijni, ile przywiązani „kulturowo” do znanego im rytuału, odprawiają go nad grobami swoich zmarłych niejako automatycznie. Zmawiają pacierze, żegnają się, mają narzędzie komunikacji ze zmarłymi zrozumiałe samo przez się. Ja nie mam.

A przecież kładę rękę na głazie i w milczeniu rozmawiam z ojcem. W milczeniu mówię, to znaczy z pamięci czytam wiersz o liściach łopianu, ten nieskończony, jaki powstał dwadzieścia lub nawet nieco więcej lat temu. Nic już nie dodaję, może nigdy nie dodam.