KWIATY

Chciałbym ojcu zanieść kwiaty. Ale nie cięte, nie salonowe, na przykład bukiet róż, tylko takie z korzeniami w donicy, żeby rosły, nie więdły zaraz, i jakieś trochę górskie, jeśli są w sprzedaży, jakieś trochę leśne, żeby to odpowiadało naturze i gustowi ojca.

Tłumaczę z grubsza kwiaciarce, czego potrzebuję.

– Z doniczkowych mam azalie – mówi.

– Nie, azalie nie. Za delikatne, szybko przekwitną

– To tylko wrzosy albo wrzośce.

Jedne i drugie są do siebie podobne. Wrzośce bujniejsze od wrzosów i jakby żywsze w kolorze. Decyduję:

– Niech będą wrzośce. Ale nie podobają mi się te plastikowe doniczki. I widzi pani, łatwo się przewracają, za lekkie są, za bardzo chwiejne.

– Można czymś obciążyć albo włożyć je do ceramicznych donic, większych i cięższych. Ale to jest dodatkowy koszt.

– Dobrze. Poproszę dwie ceramiczne i do obu wrzośce.

– Oczywiście – mówi kwiaciarka.

Wspina się na taboret i pokazuje wyższą półkę, gdzie stoją ceramiczne donice różnych kolorów i wielkości.

– Które? – pyta.

– Te szare.

Zdejmuje z półki szare i wstawia do nich plastikowe z wrzoścami, osadzone dodatkowo w koszykach. Teraz tkwią szczelnie w dość masywnych ceramicznych niby garncach i trzymają pion. Ale czy nie będą za ciężkie? Potrafię takie zanieść?

– Dam je panu w dwóch reklamówkach, każdą osobno. Ze względu na kręgosłup – mówi kwiaciarka

Stwierdzam, że ciężar jest umiarkowany. Uniosę bez problemu.

– A wie pani – zwierzam się kwiaciarce – pomyślałem sobie, że takie solidne donice będę mógł nawet wkopać w ziemię, prawda? Choćby do połowy, żeby na pewno wiatr nie przewrócił.

Na to ona:

– Tylko jak pan będzie wkopywał, proszę nie pochylać się tułowiem do przodu, stojąc, o tak, z rękami do ziemi – kwiaciarka markuje sposób, w jaki nie powinienem się pochylać. – Ja – mówi – nigdy się tak nie pochylam. Ze względu na kręgosłup. Ja przykucam, o tak – i rzeczywiście przykuca z kolanami w pozycji „kwiat lotosu”. – Dlatego zawsze chodzę w spodniach. A jeśli wyjątkowo w spódnicy, to potrafię ją odpowiednio pociągnąć.