WIERSZ

Droga Żelazna. Tak Ścieżkę pod Reglami nazywano przed wiekami. Bo żelaza transportowano tamtędy z huty w Kościeliskiej na wschód do Kuźnic, gdzie je kuto, o czym sama nazwa mówi.

Dzisiaj starą Drogą Żelazną ciągnie tłum, mniejszy jednak niż przez Krupówki, a ja z nim w kierunku Strążyskiej do ojca i trochę do siebie.

Wiatrołomów po huraganie, który powalił w reglach tysiące drzew, nie ma na tej trasie, leżą na stokach, sczepione gałęziami, zaklinowane między drzewami-ocaleńcami. Niżej wszystko, co mogło zagradzać drogę, zostało odpiłowane i wywiezione. Widać świeże jeszcze ślady: wzdłuż traktu patrzą na przechodniów okrągłe tarcze pni po amputacji, blade jak księżyce.

Przechodniami, a częściowo osobami w przejeździe są na ogół zwarte gromady młodzieży, indywidualnie wędrują emeryci, pełni prawdopodobnie wspomnień i dolegliwości, jadą rowerzyści i niezmiennie wózki z dziećmi. Pchają je tu częściej ojcowie niż matki, bo droga nierówna, miejscami kamienista, jak na wózki, ciężka. Liczne pieski maszerują, prowadzone na smyczach. Już trzeci maltańczyk. Z kokardką. Ten i jego pan odpoczywają na ławie zrobionej pod lasem z przepołowionego pnia.

Przysiadam się, bo wciąż mam w głowie pytanie, dlaczego poprzedni pan nie odpowiedział na „przepraszam” pani „proszę”, jak odpowiedziałbym ja, ale zawołał „spokojnie!”. Czyli wziął pod uwagę , że może być niespokojnie. Na przykład ona może się teraz bać obszczekania przez niego i na wszelki wypadek sama go obszczekać. Bądź co bądź czasy są takie, że nie powinno się obejść bez wzajemnego obszczekania. Chcę wypytać, jak to z tym jest wśród maltańczyków i w ogóle, nim jednak dochodzę do sedna, pan i piesek z kokardką opuszczają ławę. Idą w stronę, z której właśnie przyszedłem. Ruszam w przeciwną.

Mało handlu przydrożnego w porównaniu z Krupówkami. Tylko jedno stoisko z lodami, dwa z pamiątkami, tylko trzy małe gospody, włączając tę przy Dolinie Białego i słynną bacówkę opodal, gdzie można kupić oscypki i bundz. Ale nie liczę starej „Romy” u wejścia do Doliny Strążyskiej, z przybudówkami, parkingiem na może sto samochodów i galerią straganów.

W Dolinie to samo, co pod reglami. Tłum i wszystko nie takie, jak wtedy, kiedy byłem poetą siedemdziesiąt lat temu i więcej. Droga inna, mostki inne, ludzie inni, ja inny, drzewa inne, tylko łopiany zawsze wierne, niczym się nie różnią od tamtych.

Piszę na starość jeszcze jeden wiersz o wiernych łopianach w Dolinie Strążyskiej. Piszę go już przez dwadzieścia lat i wciąż jest nieskończony. Ale cóż to znaczy dwadzieścia lat! Skoro moja „Trylogia rzymską” powstawała przez ile? Od „Boskiego Juliusza” (1961) do „Tyberiusza Cezara” (2009) czterdzieści osiem? Dobrze liczę? Jeśli tak, to dwadzieścia na koronny wiersz życia o wiernych łopianach wcale nie jest dużo.

Zawracam. Do ojca. Teraz ja lekko w dół, tłum z przeciwka pod góre. KiIku z plecakami jak wtedy, kiedy byłem poetą. Większość przygotowana raczej na lody z dziećmi w gospodzie. Mężczyźni, trzydziestolatkowie na oko, w T-shirtach, ostrzyżeni do łysa jak ja. Młode kobiety ubrane byle jak, ale wygodnie, wśród starszych zdarzają się panie w klapkach na bosą stopę z polakierowanymi paznokciami. Pytają, kiedy ta okropna droga się skończy, męcząca i wciąż pod górę. Za nimi jakaś ambitna młoda pcha po kamieniach wózek podwójny, z bliźniaczkami. Osłabły mężczyzna towarzyszy jej w milczeniu.

U wylotu doliny, gdzie samochody i stragany, rozpościera się widok na Księży Las, ogrodzenia „Wesołej” i zniżający się ku ulicy Strążyskiej rządek domów. To tam jest „Osa”, na Bogdańskiego 4. Tam byłem poetą. Ale przecież ojca tam nie ma.