Anna Kamieńska – „Poetyka ironii” (1)

„Tygodnik Kulturalny” (Warszawa)
Nr 50 (236) / 10.12.1961 r.

Ukazała się znakomita książka. Nie zdarza się to codziennie. Jest to zresztą wynik wieloletnich doświadczeń i przemyśleń. Obcowanie z klasyczną literaturą łacińską od wczesnego dzieciństwa autora i gorzkie doświadczenia historii przeżytej złożyły się na to dziełko niewielkie, szczupłe i surowe, jak przystało na ucznia prozy łacińskiej, a jednocześnie tak ważkie, jakie wydać może tylko osobiście doznana i przemyślana historia. Mowa tu o książce Jacka Bocheńskiego „Boski Juliusz”.

Co to za książka. – zapytają czytelnicy? Czy powieść, czy jedna z tych lubianych via romancée? Chyba nie. Więc esej historyczny? Szkic w rodzaju tych, jakie uprawia z niemałym powodzeniem Paweł Jasienica? I tak – i nie. Autor po prostu niewiele się troszczy o rodzaj literacki swego dzieła. Są całe stronice, w których przeważa i panuje relacja historyka i komentatora historii, ale oto za chwilę zostajemy nagle wciągnięci w akcję, w jakąś sytuację odmalowaną tak plastycznie i po literacku – że wkraczamy w dziedzinę niemalże powieści. Powieścią jednak książka się nie staje. Jest coś wewnątrz stylu, co rozbija zarówno ramy eseistyki, jak i beletrystyki. Tym czymś jest ironia.

Ton ironii uderza czytelnika od początku narracji.

„Czy ktoś z państwa chciałby zostać bogiem? Jest, to osiągalne. Rzecz prosta, nie każdy reflektuje i nie każdy potrafi. Ale może chcą państwo wiedzieć, jak to się robi? Otóż są sposoby. Historia zna wypadki tego rodzaju. Żądają państwo przykładów? Proszę: Juliusz Cezar”. I dalej – ton ironii panuje w całej książce Jacka Bocheńskiego. On sam przedstawia siebie jako antykwariusza-amatora, miłośnika starożytności, który oferuje swoje usługi klienteli. To jest też ironia. Ten zwrot do szanownej publiczności, ten język trochę uczony, a trochę – bardziej niż potoczny. „Obawiają się państwo tej szarzyzny, no i fatygi. Bo czy nie trzeba będzie przetrząsać jakichś rupieci, czy rzecz nie pachnie za bardzo łaciną i archeologią?…”

Ależ tak. Rzecz cała pachnie łaciną. Pachnie lakonicznym, prostym, zdecydowanym stylem samego Cezara. W dalszym ciągu na świetnych stronach charakteryzujących dwa przeciwstawne style współczesnych sobie rzymskich sobie rzymskich pisarzy: Cezara i Cycerona, Bocheński wyraźnie opowiada się po stronie Cezara, ośmiesza Cycerona i kreśli dosadną karykaturę jego kwiecistego, napuszonego stylu, i nie tylko stylu, ale całej postawy pisarskiej adwokata i filozofa rzymskiego. Pokazuje, jak to Cycero rozwija swoje rozważania na oczach czytelnika czy też słuchacza. Zabierając się do pisania, jeszcze nie wie, do czego dojdzie – podczas gdy Cezar pisze lakoniczne swoje zdanie dopiero po głębokim rozważeniu sprawy. Jest ono już tylko skrótowym wynikiem procesu myślowego. Nie ma w nim ani krzty kokieterii pisarskiej. Te same cechy można by przypisać postawie pisarskiej i stylowi biografa boskości Cezara. Tak więc rzecz pachnie jednak łaciną. Ale faktem jest, że Bocheński jako filolog klasyczny i amator starożytności – nie ma nic wspólnego z namaszczonym i nabożnym stosunkiem do klasyczności, jaki cechuje większość uczonych filologów, nauczycieli łaciny i obrońców kultury antycznej. Bocheński jest z łaciną za pan brat. Jego pisarska ironia nie omija największych postaci, które wyobrażamy sobie wykute w marmurze i oblane w brązie.

Ironia ta dotyka zarówno oportunistę dziejowego – Cycerona, jak boskiego, łysiejącego Cezara, jak i czystego, świętego Marka Porcjusza Katona, moralnego antagonistę Cezara.

Rzymski tok zdania Bocheńskiego nie ma w sobie nic z antykwaryczności, mimo, że autor nazywa siebie ironicznie antykwariuszem. Raz po raz wtrąca on – to wulgarne słowo (,.nie dadzą z siebie zrobić kupy krwawych flaków”), to pospolite powiedzonko czy przysłowie („przyszła koza do woza, ani pary z ust”). Ożywia to konwencję języka czerpiącego natchnienie z „martwej” mowy łacińskiej.

Pod względem ożywczego połączenia wielkiej tradycji kultury z przemyśleniami człowieka na wskroś nowoczesnego, znajduję tu porównanie tylko do prozy i postawy Anatola France’a. To jest właśnie ten rodzaj powiązania.

Ciąg dalszy – część II